Wspomnienia pioniera artylerii rakietowej OPL OK
ppłk w st. spocz. Józef Wrzesiński
Czas ucieka, jestem coraz starszy, odchodzą w nicość ludzie mojego pokolenia, a wraz z nimi pamięć o ich życiu, ich dokonaniach i wydarzeniach, w których uczestniczyli. Do napisania swoich wspomnień skłoniła mnie inicjatywa oficerów byłego Szefostwa Wojsk Obrony Przeciwlotniczej Sił Powietrznych w osobach: Szefa WOPL SP Pana płk. dr. inż. Piotra Jurka i Pana ppłk. mgr. inż. Czesława Hruta. Przesłużyłem w tym Szefostwie 25 lat. Czy jest sens pisania o tym, co minęło? Myślę, że tak, gdyż słowo pisane utrwala pamięć i ratuje od zapomnienia. To dzielenie się z innymi swoimi przeżyciami. Cała literatura to przekazywanie sobie myśli.
Spis treści
- Wstęp
- W II Rzeczypospolitej
- Wojna 1939 – 1945 3.1. W Polsce 3.2. Praca przymusowa w Niemczech 3.3. Wyzwolenie i powrót do Polski
- Pogoń za straconym czasem – lata nauki 1945-49
- Podchorąży SBORA
- Skierniewice – zmiana specjalności
- Służba w 94. pułku w Warszawie 7.1. Na Bielanach 7.2. Na Woli 7.3. KDO Koszalin 7.4. Chomiczówka – dowódca baterii
- Służba w Szefostwie Artylerii OPL OK
- Służba w Dowództwie WL i OPL OK 9.1. W artylerii lufowej OPL OK 9.2. W artylerii rakietowej OPL OK
- Praca w rezerwie 10.1. Pracownik cywilny w DWL i OPL OK 10.2. Praca w Elektrociepłowni “Siekierki”
- Posłowie
1. Wstęp
Urodziłem się 20 listopada 1927 roku. Obecnie jest rok 2012. Ja mam 85 lat. Dane mi było żyć w ciekawym okresie historii. Były to lata burzliwe, pełne dziejowych wydarzeń. Żyłem dwanaście lat w II Rzeczypospolitej Szlacheckiej,przeżyłem II wojnę światową, dwa i pół roku robót przymusowych w Niemczech hitlerowskich, bombardowania alianckie, przejście frontu wojsk radzieckich, lata socjalizmu, rozpad Związku Radzieckiego i Układu Warszawskiego oraz 23 lata porządku solidarnościowo-kapitalistycznego.
Do wybuchu wojny we wrześniu 1939 r. mieszkałem z rodzicami w miejscowości Rossoszyca w powiecie sieradzkim.Ojciec został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec już w październiku 1939 roku, a ja z matką w roku 1942.Do Polski wróciliśmy w maju 1945 r. Ponieważ zostały stworzone korzystne warunki do nauki, niezwłocznie przystąpiłem do ukończenia szkoły podstawowej. Następnie, co pół roku przerabiałem jedną klasę szkoły średniej. Takie wówczas stworzono możliwości dla młodzieży opóźnionej w nauce z powodu wojny. Maturę zdałem w liceum w Łodzi w czerwcu 1949 r. i niezwłocznie zdałem egzaminy do Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Zostałem przyjęty i szczęśliwy pojechałem do domu. Niestety, niebawem otrzymałem wezwanie do WKU i skierowanie do odbycia służby wojskowej.Trafiłem do Szkolnej Baterii Oficerów Rezerwy Artylerii (SBORA) przy pułku artylerii ciężkiej w Gnieźnie. W czerwcu 1950 roku wybuchła wojna w Korei i nastąpiło znaczne zaostrzenie sytuacji międzynarodowej. Po ukończeniu podchorążówki rezerwy we wrześniu 1950 r. mianowano nas na stopnie chorążych i zamiast zwolnienia do cywila rozkazem MON powołano nas do zawodowej służby wojskowej.
Tak los sprawił, że zamiast pedagogiem zostałem oficerem zawodowym Wojska Polskiego. W wojsku przesłużyłem 30 lat i odszedłem do rezerwy w stopniu podpułkownika. Pracowałem jeszcze 5 lat jako pracownik cywilny w służbie uzbrojenia Dowództwa WL i OPL OK. W 1985 r. wystąpiłem z PZPR, w wyniku czego musiałem odejść z pracy w Dowództwie Wojsk Obrony Powietrznej Kraju. Przepracowałem jeszcze 10 lat w Elektrociepłowni “Siekierki”, gdzie zajmowałem się obroną cywilną i ochroną zakładu. Emerytem stałem się w czerwcu 1995 r. po 48 latach pracy.
Wymieniłem powyżej w wielkim skrócie wydarzenia i rozdziały mego życia od dzieciństwa do emerytury. Każdy z tych rozdziałów wymaga rozwinięcia. O Polsce międzywojennej, o drugiej wojnie światowej, o Polsce socjalistycznej, o której napisano już wiele książek. Do dziś w prasie ukazuje się dużo różnych opracowań. W telewizji i radio jest wiele dyskusji polityków i dziennikarzy na te tematy. Lecz aktualna wydaje się stara prawda, że “punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. O tych samych wydarzeniach inaczej napisze, czy będzie mówił, wywłaszczony dziedzic, a inaczej jego robotnik, a jeszcze inaczej ktoś narodowości żydowskiej. Inaczej mówi polityk partii rządzącej, a inaczej partii opozycyjnej, chociaż każdy twierdzi, że mówi prawdę.
Ja chciałbym w swoim opowiadaniu podzielić się z czytelnikami swoimi przeżyciami, tym, co widziałem i słyszałem, w czym uczestniczyłem, bez przysłowiowego “owijania w bawełnę”. Najwięcej miejsca w swoim opowiadaniu przeznaczyłem służbie wojskowej, której poświęciłem 30 najlepszych lat swojego życia.
W niniejszym opowiadaniu o latach służby w Wojskach Obrony Przeciwlotniczej nie wymieniam nazw sztabów i jednostek, jak i nazwisk dowódców oraz terminów i bronionych obiektów, gdyż opisano to w wydanych już drukiem opracowaniach:
- Wojska Rakietowe i Artylerii Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej – Spotkanie pokoleń Rakietowców – Przeciwlotników Mrzeżyno – Ustka 2-4 czerwca 1993. Wydawca – Szefostwo WR i Art. WLOP;
- Wojska Rakietowe i Artylerii Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej – Zbigniew Olszański; Zarys historii 1959-1994. Poznań 1995.
2. W II Rzeczypospolitej
Wieś Rossoszyca, gdzie mieszkałem z rodzicami, to duża wieś, leżąca na skrzyżowaniu dróg Sieradz – Poddębice i Warta – Szadek. Była tam gmina, posterunek policji, poczta, straż pożarna, kościół parafialny i kilka sklepów. Wieś była przeludniona, było duże bezrobocie. Wiele rodzin nie posiadało ziemi ani stałej pracy. Ludzie chwytali się każdej pracy:w lesie, na szosach lub sezonowo przy pracach polowych u zamożniejszych gospodarzy, za nędzne wynagrodzenie, bo pieniądz na wsi był trudny do zdobycia. Dziewczyny szukały pracy jako służące lub sprzątaczki w Łodzi odległej o 50 km. Jeżeli znalazły prace, to miały miejsce do spania, wyżywienie i 20 zł miesięcznie za ciężką pracę. Wieś była prawie samowystarczalna. Najpotrzebniejsze artykuły wytwarzano na miejscu lub w okolicy. Mielono zboże, obrabiano jęczmień, grykę i proso na kaszę. Z siemienia i rzepaku wytłaczano olej. W każdym gospodarstwie wypiekano chleb na własne potrzeby. Chowano krowy, trzodę chlewną i drób. Mieli więc własne mięso, jaja i nabiał. Na wsiach byli krawcy,szewcy, kowale, stolarze, kołodzieje i inni rzemieślnicy. Swoje produkty sprzedawano na targach w miastach. Nie było żadnych punktów skupu. Rolnik kupował to czego sam nie był w stanie wytworzyć. Potrawy były proste. Najczęściej spożywano barszcz z ziemniakami, różnego rodzaju kasze, fasole, maślankę, zsiadłe mleko z ziemniakami lub kaszą.Placki pieczone na płycie kuchennej itp. Mięso jedzono tylko w niedzielę. W długie zimowe wieczory sąsiedzi zbierali się w jednym domu gdzie kobiety darły pierze lub przędły len na kołowrotkach a mężczyźni palili fajki i snuli przeróżne opowieści o dawnych czasach, o wojnach w których brali udział, o czarach, duchach, strzygach, wróżbach, palących się złotych pieniądzach ukrytych w ziemi itp. Śpiewano także przeróżne piosenki, smutne i wesołe, a także śmieszne i sprośne. Wiele tych dawnych piosenek pamiętam do dzisiaj. Lubiłem takie wieczory. Była to jakaś forma rozrywki, innej na wsi nie było. W lecie było weselej. W tej okolicy nie było energii elektrycznej. Aby oszczędzać naftę do lamp, spać kładziono się o zmroku, a wstawano wraz ze wschodem słońca. Zapałkę dzielono na dwie (obecnie nie dają się przekroić). Prace domowe i polowe były bardzo ciężkie, nie było żadnej mechanizacji. Wszystko wykonywano ręcznie.Każdy skrawek ziemi był wykorzystany. Po skoszeniu zboża zbierano ze ścierniska pojedyncze kłosy. Były kłótnie o granice. W latach 1920-1939 (do wybuchu II wojny światowej) w Rossoszycy była 6-cio klasowa szkoła powszechna (tak się nazywała). Był kierownik szkoły i trzy nauczycielki. Lekcje religii prowadził ksiądz. Wobec uczniów stosowano kary cielesne: stanie lub klęczenie w kącie klasy podczas lekcji, bicie linijką po otwartej dłoni itp. Wiejskim dzieciom nauka sprawiała duże trudności, gdyż ludność wiejska mówiła gwarą i tak mówiły dzieci. Np. mówiono “jo” zamiast “ja”, nie “ona”, “on” tylko “łuna”, “łun”, nie “jechał” tylko “jechoł” itp. Nie “kartofle”, “las”, “biegać” lecz odpowiednio “pyrki”,“bór”, “ciekać”. Dzieci nie wszystko rozumiały co mówił nauczyciel. Trudno im było mówić i pisać poprawnie.Większości dzieci w domu nikt nie pomagał, gdyż rodzice często byli analfabetami albo nie mieli czasu. Poziom nauczania także był niski, nauczyciele nie mieli pomocy szkolnych poza tablicą, kredą i linijką. Edukacja młodzieży wiejskiej kończyła się na 6-tej klasie. Na dalszą naukę mało kto mógł sobie pozwolić bo nauka i utrzymanie ucznia w mieście drogo kosztowały. Wybuch II wojny światowej przerwał działalność szkół polskich. Niemcy pozamykali szkoły.Dzieciom polskim nie wolno było się uczyć. Taki stan trwał do końca okupacji niemieckiej. Gdyby Niemcy zwyciężyli w II wojnie światowej to wg ich planów Polacy powinni tylko umieć się podpisać i liczyć do stu. W niedziele i święta przed wejściem do kościoła ustawiały się szpalery żebraków, często kalekich, ubranych w łachmany. Wyciągali ręce i głośno prosili o jałmużnę. Szczególnie dużo żebraków gromadziło się podczas uroczystości kościelnych np. w odpust. Ubodzy przychodzili także do domów, prosząc o posiłek lub o nocleg. W lecie często przejeżdżały tabory Cyganów, składające się z kilku barakowozów. Urządzali obozowisko na skraju lasu i kwaterowali kilka dni. Pojawienie się Cyganów wzmagało czujność wśród mieszkańców. Cyganki z dziećmi na rękach chodziły, aby wyłudzać pieniądze za wróżenie, czasem kradły co się dało. Bywało, że ginęły krowy i konie z pastwiska. W Rossoszycy i okolicach nie było żadnej opieki medycznej.Najbliższy lekarz był w miasteczku Warta oddalonym o 12 km. Aby lekarz przyjechał do ciężko chorego trzeba było zapłacić nie tylko za wizytę, ale także za jego transport i stracony czas na dojazd oraz wykupić leki. Na taki wydatek większość ludzi nie miała pieniędzy. Szpitala ludzie się bali lub unikali ze względu na koszty i nie tylko. Leczono się więc domowymi sposobami, ziołami, stawiano bańki, pijawki, upuszczano krew itp. Byli różni znachorzy i babcie mające swoje metody leczenia. Śmiertelność była duża, szczególnie wśród dzieci. Dzieci, poza nauką w szkole, zależnie od wieku miały swoje obowiązki w gospodarstwie. Powszechnie chodzono w trepach i onucach, także dzieci do szkoły chodziły w trepach lub boso. Ojciec mój był gajowym, lecz stracił pracę, gdy ja miałem 2 lata. Rodzice pozostali bez środków do życia i mieszkania. Ciężko pracowali, aby się utrzymać. Ojcu kilka razy udało się wyjechać do Niemiec na sezonowe prace w dużych gospodarstwach rolnych. Takie wyjazdy organizowała gmina. Zawsze było więcej chętnych,jak zakontraktowanych miejsc. Dzięki temu rodzice kupili sobie kawałek ziemi i wybudowali mały dom. Duże znaczenie w II Rzeczypospolitej miał status społeczny (materialny). Ludzi oceniano według stanu posiadania. Społeczeństwo było bardzo rozwarstwione. Byli książęta, hrabiowie, baronowie, panowie szlachta itp. Utytułowani uważali się za szlachetnie urodzonych. Mówiono, że mają błękitną krew. Do nich trzeba było zwracać się przez “jaśnie panie”, “panie dziedzicu”,“ekscelencjo” itp. Także nisko się kłaniać. Dobrze się żyło także urzędnikom państwowym, wojskowym, kolejarzom i nauczycielom. Na końcu byli robotnicy oraz małorolni chłopi. Między poszczególnymi warstwami była przepaść nie do pokonania. Małżeństwo bogatej panny z biednym kawalerem (i na odwrót) było nie do pomyślenia. Te stosunki społeczne dobrze pokazane są w powieściach i filmach: “Chłopi”, “Noce i dnie”, “Ziemia obiecana”, “Trędowata” itp. Takie ogromne różnice majątkowe były przyczyną niejednej rewolucji i buntu w różnych krajach. Miało to także konsekwencje w Polsce w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej i zmianie ustroju społecznego. Stracili bogaci,zyskali biedni. Na temat wydarzeń, które działy się w latach 1930 – 1939, napisano już wiele. Mnie zastanawiają między innymi następujące zagadnienia: Jak to się stało, że Hitler i jego ludzie w ciągu zaledwie kilku lat (1933 – 1938) zlikwidowali w Niemczech bezrobocie, przestawili gospodarkę na technologicznie nowoczesną produkcję, zaprojektowali i produkowali masowo nowoczesne uzbrojenie. Stworzyli nowoczesną liczną armię wyposażoną w sprzęt, jakiego nie miało wówczas żadne państwo w Europie. Budowali drogi i autostrady. Podniósł się poziom życia ludności. Skąd Niemcy wzięli na powyższe przedsięwzięcia potrzebne pieniądze? Dlaczego nie mogły tego uczynić takie bogate kraje jak Anglia i Francja, które wygrały wojnę, ściągały z Niemiec odszkodowania wojenne, posiadały rozległe kolonie, z których czerpały niemałe zyski. Czechosłowacja w tamtych latach była lepiej uprzemysłowiona jak Polska, posiadała nowocześnie uzbrojoną armię, liczne fortyfikacje na granicach w górskim trudnym do zdobycia terenie. Pomimo tego,gdy Hitler postawił swoje żądania, Czesi nie podjęli walki, poddali się. Dlaczego? Bo kierowali się rozsądkiem, a nie mrzonkami i honorem. Wiedzieli, że walki z Niemcami nie wygrają. Co zyskali: nie zginęli ludzie, ich miasta i wsie nie uległy zniszczeniu. Czesi podczas okupacji byli lepiej traktowani jak Polacy. Jak postąpił rząd polski? Odrzucił współpracę proponowaną wcześniej przez Czechosłowację. Gdy Hitler zażądał przeprowadzenia autostrady przez wąski pas terytorium Polski, zachowywali się jak mocarze. Minister Spraw Zagranicznych Beck krzyczał: “Polska od morza odsunąć się nie da, ważniejszy jest honor!”. Minister Obrony Marszałek Rydz Śmigły krzyczał: “…nie oddamy guzika od munduru…” Czy nie mieli rozpoznania, jaką armią i sprzętem dysponują Niemcy? Musieli zdawać sobie sprawę, że Polska nie ma szans obronić się przed Niemcami. Gdy Niemcy uderzyli, rząd polski, także Minister Obrony Rydz Śmigły,nie czekając na wyniki walk, uciekli za granicę, zostawiając armię na pewną klęskę, a naród na cierpienie. Puśćmy wodzę fantazji i co mogłoby być, gdyby Polska podjęła z Niemcami rokowania, a w ostateczności postąpiła tak jak Czesi? Być może nie byłoby paktu Ribbentrop-Mołotow i wkroczenia Rosjan. Mogło nie być cierpień Polaków z terenów zajętych przez Rosjan. Mogło nie być Katynia. Polskie miasta nie byłyby zniszczone. Kto postąpił słuszniej, Czesi czy Polacy?Niech każdy odpowie sobie sam.
3. Wojna 1939 – 1945
3.1. W Polsce
We wrześniu 1939 r. była wyjątkowo piękna, słoneczna pogoda. Na niebie nie było żadnej chmurki. Noce natomiast były chłodne, a rano był szron. Dzień 1 września wypadł w piątek. Był to piękny, słoneczny, ciepły dzień i dzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Dzieci przyszły do szkoły odświętnie ubrane (także ja). Nauczyciele ustawili dzieci w dwuszeregu, zagięto skrzydła i kierownik szkoły pan Jamroga oznajmił, że dziś rano Niemcy napadli na Polskę i jest już wojna. Nakazał przyjść do szkoły dopiero w poniedziałek, jeżeli nic się nie wydarzy. Niestety, w poniedziałek do szkoły nikt już przyjść nie mógł. Następny dzwonek w szkole odezwał się dopiero po 6 latach. Sobota była jeszcze spokojna,jedynie w lasach zaczęło się gromadzić dużo wojska. Do mojego wujka, który miał radio kryształkowe na słuchawki i długa antena była z daleka widoczna, przychodzili oficerowie, aby posłuchać wiadomości, lecz w słuchawkach były tylko zaszyfrowane komunikaty o nalotach np. “Uwaga – XQ nadchodzi”, “Uwaga – 12 XX odchodzi”. Będąc już oficerem nie raz myślałem, jak ci ówcześni dowódcy musieli się czuć mając zgrupowane w lasach jednostki i nie mając łączności z przełożonymi. Nie wiedzieli także nic o nieprzyjacielu. W niedzielę 3. września od świtu szosa od miasteczka Warta przez Rossoszycę zatłoczona była wojskiem i uciekinierami. Na polach przy szosie oraz na podwórkach domów pełno było wojska, wozów, uciekinierów i koni. W lasach nadal zgrupowane było dużo wojska i taborów konnych. Rano ok.godziny 9-tej latał nad tym terenem na wysokości ok. 2 km jakiś pojedynczy samolot. Prawdopodobnie był to niemiecki samolot rozpoznawczy. Około godz. 11-tej od zachodu nadleciała grupa około 12-15 niemieckich samolotów bombowych. Leciały nisko ok. 200 m nad ziemią. Samoloty rzucały bomby, granaty oraz prowadziły ogień z karabinów maszynowych. Ich celem nie były zabudowania, lecz tłoczące się we wsi i na szosie wojsko oraz uciekinierzy. Chociaż było dużo wojska, lecz było ono bezsilne. Żołnierze strzelali z karabinów, lecz tylko narażali się na śmierć. Samoloty latały bezkarnie. Mogłem to obserwować, gdyż przed nalotem poszliśmy z ojcem do wujka, mieszkającego pod lasem,posłuchać radia. Dochodząc do jego domu zauważyliśmy nadlatujące z zachodu samoloty, a pod nimi pióropusze dymów od wybuchających bomb. “Daliśmy z ojcem nogę” i na czas dobiegliśmy na skraj lasu. Stojąc pod drzewami obserwowaliśmy ziejące ogniem samoloty, a na dole ludzi i żołnierzy na koniach, uciekających przez pola w stronę lasu (odległość około 1 km). Po kilku minutach samoloty wracały tą samą trasą, nadal ziejąc ogniem. Było wielu zabitych i rannych tak wśród cywilów, jak i żołnierzy. Zabite konie, rozbite samochody i wozy konne. Paliło się kilka zabudowań.Powstała panika, strach i zamęt. Na szczęście tego dnia więcej nalotów już nie było. Po zapadnięciu zmroku wielu wystraszonych mieszkańców opuściło swoje domostwa i uciekło w okolice oddalone od szos prowadzących z zachodu na wschód. Także moi rodzice oraz dwóch braci mojej mamy z rodzinami i sąsiednia rodzina, załadowawszy na furmanki pościel, żywność, potrzebne wyposażenie oraz paszę dla koni, ruszyliśmy o zmroku na północ w ustronne miejsce. Tam biwakowaliśmy w lesie zamaskowani przed samolotami. To było moje pierwsze zetknięcie z wojną. Miałem wówczas 12 lat i byłem przerażony. Już to przeżycie wzbudziło u mnie nienawiść do Niemców. Przerażenie w nas wszystkich wzbudzała myśl, że Niemcy zajmą te tereny i jak nas potraktują? Wytworzyła się taka psychoza strachu, że wiele ludzi uciekało na wschód. Liczyli, że Polska otrzyma pomoc od Anglii i Francji, z którymi miała układy o wzajemnej obronie i że Niemcy nie zajmą całego terytorium Polski. Wojska niemieckie zajęły Rossoszycę i ten rejon kraju już 5-tego września.
Okolica, gdzie biwakowaliśmy, była spokojna. Miejscowi ludzie opowiadali o brutalności niemieckich żołnierzy. Czas mijał, zaczęło brakować żywności i paszy dla koni. Obawiano się także o pozostawiony dobytek. Trzeba było wracać.Postanowiono wysłać kogoś na rozpoznanie. Nie było chętnych. Zdecydował się mój ojciec. Był parę razy w Niemczech na robotach sezonowych i język niemiecki znał na tyle, że potrafił się porozumieć. Nie miał więc takiego lęku przed Niemcami jak pozostali. W czwartek rano (6-go września) ojciec poszedł do Rossoszycy (około 20 km). Wrócił późnym popołudniem i przyniósł dobre wiadomości, że w Rossoszycy nie ma wojska. Przejeżdżają tylko czasem kolumny samochodów szosą w kierunku wschodnim. Postanowiono wracać. Późnym wieczorem kolumna czterech wozów ruszyła w drogę powrotną. Do domu dotarliśmy nocą bez przeszkód.
Sąsiedzi, którzy nie uciekli, opowiadali, że wkraczający żołnierze niemieccy byli bardzo brutalni. Kilka osób pobili,chorego umysłowo Mieczysława Kaweckiego zastrzelili. Następnego dnia po naszym powrocie przybyli do wsi żandarmi.Zajęli duży dom państwa Szyszków, ogrodzony solidnym płotem z siatki (właściciele musieli się wyprowadzić). Założyli tam posterunek żandarmerii. Dołączył do nich polski policjant z Rossoszycy, który okazał się być narodowości niemieckiej. Z budynków gospodarczych zrobiono areszt. Przybył także niemiecki naczelnik urzędu gminy – po niemiecku “Landrat”. Pojawiły się także niemieckie urzędniczki w gminie i na poczcie. Miejscowa władza przeszła w ręce Niemców. Nad Rossoszycą przelatywały w kierunku Warszawy eskadry 3-silnikowych samolotów transportowych.Po zdobyciu Warszawy Niemcy triumfowali. Dziwiliśmy się skąd w Rossoszycy tak wielu Niemców. Poubierali się w żółte mundury “SA”, mieli orkiestrę, defilowali dumni ze sztandarami. Obchodzili zwycięstwo. Jak wiadomo, Niemcy podzielili Polskę na dwie części. Zachodnią część włączyli do Rzeszy Niemieckiej. Na pozostałej części ziem polskich utworzyli tzw. “Protektorat”. Granica Rzeszy i Protektoratu przebiegała przez miasto Brzeziny, 22 km na wschód od Łodzi. Przedwojenną granicę między Polską a Niemcami zlikwidowano. Przyłączone do Rzeszy ziemie nazywano “Warthegau”. Łódź nazywała się “Licmanstadt”, a Rossoszyca “Roshagen”. Niemcy przystąpili do zniemczania terenów włączonych do Rzeszy. Zamknięto szkoły polskie. Polskim dzieciom nie wolno było się uczyć. Nauczycieli z Rossoszycy aresztowano, a kierownika szkoły Pana Jamrogę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Dachau i zamordowano.Polakom zabraniano słuchać radia. Kto miał radio musiał je zdać na posterunek policji.
W dniach 2-4 kwietnia 1940 r. Niemcy zagazowali spalinami w specjalnie przystosowanych samochodach 499 chorych ze szpitala psychiatrycznego w Warcie (podczas ich przewozu do przygotowanej mogiły w lesie). 16-go czerwca 1941 roku w taki sam sposób zamordowano 83 osoby. Ich mogiła znajduje się w lesie około pół kilometra od szosy Warta – Rossoszyca. Z Rossoszycy i okolic dużo ludzi wywieziono do Niemiec na przymusowe roboty. Już w październiku 1939 roku wywieziono dużą grupę mężczyzn, tych, którzy w poprzednich latach wyjeżdżali do Niemiec na roboty sezonowe.W grupie tej był także mój ojciec. Do 1941 roku pracowali oni przy budowie podziemnej fabryki prochu. Byli skoszarowani i żywieni ze zbiorowej kuchni. Nie otrzymywali zapłaty. Po zakończeniu budowy przydzielono ich do różnych zakładów pracy w pobliskim mieście Forst Lauzitz. Ojciec trafił do przedsiębiorstwa transportowego. Wozili zaopatrzenie do sklepów i różne półprodukty między fabrykami itp. Ojciec był pomocnikiem kierowcy. Ciężarówka była napędzana “holzgazem”. Tym paliwem były napędzane także samochody osobowe. Ciężarówka miała za kabiną kierowcy zamontowane urządzenie w kształcie walca średnicy około 50 cm i wysokości około 1,5 m. W kotle tym spalane było bezpłomieniowo drewno bukowe. Powstający gaz doprowadzany był do silnika i służył jako paliwo. Ojciec otrzymywał zapłatę 40 marek tygodniowo lecz musiał się sam utrzymać. Wraz z dwoma kolegami niedoli wynajmowali pokój z kuchnią u Niemca, który miał kamienicę trzypiętrową i prowadził wynajem mieszkań. Otrzymywane wynagrodzenie wystarczało ojcu na utrzymanie. Otrzymywał kartki żywnościowe dla ciężko pracującego. Rozwożąc towary do sklepów także miał możliwości zaopatrzeniowe. Ojcu nieźle się wiodło, tyle, że musiał na piersiach nosić przyszyty znak z literą “P” i przez niektórych Niemców traktowany był pogardliwie. Kościół w Rossoszycy czynny był do września 1941 roku.Którejś niedzieli podczas nabożeństwa Niemcy otoczyli kościół. Wychodzących selekcjonowano: silnie wyglądających i młodych zatrzymywano i wywieziono na roboty do Niemiec, pozostałych zwolniono. Księdza aresztowano w październiku 1941 r., a kościół zamknięto. Ksiądz został zamordowany w obozie koncentracyjnym na terenie Niemiec w maju 1942 roku. Polskim rolnikom ziemie stopniowo zabierali Niemcy. Najpierw miejscowi, potem przyjezdni ze wschodu. Np. Niemiec, który przed wojną mieszkał w Polsce, nazwiskiem Lipelt, zabrał ziemie leżące na południe od wsi należące do 11 polskich rolników. Podobnie postąpił Krygiel, który zabrał szmat ziemi razem z cegielnią. Polscy właściciele tych ziem musieli u tych Niemców pracować. Nasz domek, składający się z pokoju i dużej kuchni, znalazł się na terenie zawłaszczonym przez Lipelta. W naszym pokoju zakwaterował on polskiego dentystę, aby robił Niemcom zęby. Dobrze, że dentysta zgodził się, abyśmy (ja i mama) mogli mieszkać w kuchni. Kuchnię przedzielono kotarą w ten sposób, że powstała poczekalnia dla pacjentów. Pokój także przedzielono. W pierwszej połowie powstał gabinet dentysty,a za zasłoną mieszkał dentysta z żoną. Do Rossoszycy przybyło kilka rodzin niemieckich z Ukrainy i Rumunii. Tutaj się osiedlili w domach odebranych Polakom. Niemcy czuli się panami. Wszystko było im wolno. Przy każdej okazji zakładali mundury i urządzali przemarsze, wiece i zabawy. W każdym domu, zajętym przez Niemców, wisiała flaga ze swastyką. W sierpniu 1942 roku z Warty przez Rossoszycę do Zduńskiej Woli przejeżdżały kolumny po parę autobusów.Wywożono Żydów z miasta Warty do getta w Zduńskiej Woli. W Warcie mieszkało bardzo dużo Żydów. W Zduńskiej Woli także. Przejazdy trwały kilka dni. Gdy na rynku w Zduńskiej Woli sprzedawaliśmy z mamą borówki (zaniesione tam na plecach 16 km), ulicą obok pędzono kolumnę Żydów z łopatami na ramionach. Śpiewali oni piosenkę, z której utkwiła mi w pamięci tylko jedna zwrotka:
“Nasz pan Hitler złoty uczy nas roboty A ten Śmigły Rydz nie uczył nas nic.”
Na rynku było dużo ludzi. Patrzyliśmy na to z przerażeniem. Wśród ludności polskiej było wówczas przekonanie, że jak skończą z Żydami to nas będzie czekał ten sam los. W pożydowskich domach zakwaterowano Polaków, wysiedlonych z domów zajętych pod getto. Pozostałe kamienice Niemcy sprzedawali. Taką kamienicę kupił dentysta, który mieszkał u nas w domu w Rossoszycy. Kamienica ta uległa uszkodzeniu podczas wkraczania wojsk radzieckich i została rozebrana, a dentysta wyjechał na “Ziemie Odzyskane”. Jak obecnie wycenić odszkodowanie za kamienicę nie istniejącą od 70 lat?Zniszczone były także kamienice w Warszawie, Wrocławiu i innych miastach. Światowe organizacje żydowskie głośno domagają się obecnie odszkodowań od Polski. Dlaczego siedzieli cicho, gdy Niemcy mordowali Żydów? Gdzieś w połowie 1942 roku wprowadzono reglamentację żywności. Wprowadzono kartki żywnościowe. Zabroniono uboju bydła i świń pod karą śmierci. Pokątny ubój jednak był, Niemcy także musieli jeść. Kwitł przemyt artykułów żywnościowych do Łodzi, chociaż było to zabronione i karane. Ja z mamą radziliśmy sobie jak to było możliwe. Zbieraliśmy “owoce lasu” i sprzedawaliśmy w miastach. Mama robiła wieńce na zamówienie, ja hodowałem 20-30 królików. Głodu nie mieliśmy.
3.2. Praca przymusowa w Niemczech
W listopadzie 1942 roku dostałem wezwanie na posterunek policji. Tam powiadomiono mnie, że mamy jechać do pracy w Niemczech. Kazano zabrać niezbędne rzeczy do ubrania, żywność na 2 dni i stawić się w poniedziałek o godz. 6-tej rano na posterunku. Gdy w wyznaczonym terminie stawiłem się na posterunku z odprowadzającą mnie matką, była tam już gromada ludzi, mężczyzn, kobiet i kilka furmanek. Wyszedł żandarm, wyczytał z listy nazwiska około 30 osób i oświadczył, że jest naszym konwojentem i że jedziemy do pracy w Niemczech. Mamy się jego trzymać, aby gdzieś nie zginąć. W razie ucieczki nas zastrzelą. Pożegnaliśmy się z odprowadzającymi, wsiedliśmy na furmanki, na ostatni wóz wsiadł jeszcze jeden żandarm-konwojent z karabinem i kolumna ruszyła. Miałem wtedy 15 lat. Na stacji kolejowej w Sieradzu załadowano nas do wagonu, stojącego na bocznicy. Po pewnym czasie doczepiono parowóz. Gdy na stację wjechał pociąg i się zatrzymał, doczepiono nasz wagon.
Jechaliśmy do zmroku. Już było prawie ciemno, gdy na jakiejś stacji odczepiono nasz wagon. Gdy pociąg odjechał kazano nam wysiadać. Gdy zobaczyłem napis na budynku dworca “Forst Lauzitz” bardzo się ucieszyłem, gdyż wiedziałem, że ojciec jest w tym mieście. Nazwę tę znałem z listów od ojca. Żandarmi ustawili nas w kolumnę i zaprowadzili na posterunek policji, ulokowano nas w areszcie. Gdy przed aresztem nasz “przewodnik” rozmawiał z miejscowym żandarmem, wystąpiłem z grupy i poprosiłem, czy mógłby powiadomić mego ojca i dałem mu kartkę z adresem firmy, gdzie ojciec pracuje oraz adresem ojca. “Przewodnik” powiedział miejscowemu żandarmowi o co pytałem. Kartkę zatrzymali. Następnego dnia rano otrzymaliśmy po kubku gorącej kawy, po czym poprowadzono nas do Urzędu Pracy (Arbeitzamt). Przed urzędem zobaczyłem mego ojca z jakimś mężczyzną, który podszedł do naszego “przewodnika” i coś rozmawiali. Był to jakiś pracownik firmy, gdzie ojciec pracował. W budynku czekali już Niemcy – “kupcy”, aby odebrać zapotrzebowanych robotników. Po załatwieniu formalności zostałem robotnikiem firmy, w której pracował ojciec. Ojciec zabrał mnie na 3-go do mieszkania. Następnego dnia poszedłem do pracy. Przydzielono mnie jako pomocnika do kierowcy Włocha. Mówiono na niego “Italiano”. Był to wesoły człowiek w wieku około 30-tu lat.Stwierdzono jednak, że jestem za słaby do tej pracy (przewożone ładunki często były bardzo ciężkie). Trafiłem ponownie do Arbeitzamtu i skierowano mnie do fabryki włókienniczej. Była to przędzalnia. Trafiłem tam do obsługi maszyny, którą nazywano “wilkiem”. Było to oddzielne pomieszczenie na parterze z oddzielnym wejściem. Nakładane na taśmę różnego rodzaju surowce włókiennicze były rozdrabniane, mieszane i wydmuchiwane, jak urządzenia wytwarzające sztuczny śnieg. W pomieszczeniu tym był duży hałas i niesamowity kurz. Urobek trzeba było ładować w ogromne worki 80x80x200 cm. Praca trwała od godz. 6.00 do 16.00 z 30-to minutową przerwą na śniadanie i godzinną przerwą na obiad.Zarabiałem 35 marek tygodniowo. Praca była ciężka i bardzo brudna. Ja zająłem miejsce pracy po Niemcu, który powołany został do wojska. Byłem jedynym Polakiem w całej fabryce. Pracował tam już miejscowy chłopak w moim wieku. Nazywał się Ginter Schoenfeld, mówiliśmy do niego “Ginda”. Cieszył się, że przyszedłem, bo jakiś czas pracował sam, było mu ciężko i nudno. Pochodził z biednej, wielodzietnej rodziny. Nie okazywał i chyba nie czuł się wrogiem Polaków. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. On uczył mnie niemieckiego, a ja jego polskiego. Ja po dwóch latach nieźle mówiłem po niemiecku, a on z trudem wymawiał polskie słowa. Namówił mnie, abym znak “P” przypinał agrafką i mógł go zdejmować.
Jak byliśmy razem na mieście kazał mi zdejmować “P”. Wprowadzał mnie do kina, chociaż Polakom było to zabronione.Dzięki temu oglądałem kroniki z frontów. Szczególnie przykro mi było oglądać kroniki z Powstania w Warszawie.Chodziłem z nim do wesołego miasteczka, kąpać się w Nysie, która przepływała przez miasto oraz do słynnego ogrodu różanego. Bywałem także u niego w domu. Mieszkał w miejscowości Taubletz po wschodniej stronie Nysy – obecnie Tuplice. U nas w domu bywał często. Bardzo lubił placki ziemniaczane i odsmażane ziemniaki z maślanką, On takich potraw nie znał. We wrześniu 1944 roku powołany został do wojska. Gdy po roku 1989 próbowałem jego odnaleźć otrzymałem odpowiedź, że podczas wojny zaginął bez wieści. W styczniu 1943 r. do Forstu przywieziono z Rossoszycy grupę kobiet do pracy w fabrykach, wśród nich była moja mama. Udało się ojcu załatwić, że zamieszkała z nami.Zarabiała 32 marki tygodniowo i żyło nam się zupełnie nieźle, gdyby nie strach, co dalej będzie z Polakami. Niemcy byli w tym czasie bardzo buńczuczni. Odznaczonych literą “P” traktowali jak niewolników. Wkrótce jednak wydarzenia wojenne sprawiły, że ich stosunek do nas zaczął się zmieniać na lepsze. Coraz więcej kobiet niemieckich chodziło w czarnych strojach. Coraz częstsze były alianckie naloty. Niebawem przyszła wiadomość o klęsce pod Stalingradem i utracie armii Paulusa. Wkrótce nastąpiły dywanowe naloty na Berlin i Hamburg. Duże wrażenie zrobiły dzienne przeloty dużych grup bombowców alianckich nad Forstem. Samoloty leciały na dużej wysokości grupami w kilkunastominutowych odstępach czasu. Całe niebo było popisane smugami kondensacyjnymi. Alarmy lotnicze były każdej nocy w godzinach od 23-ciej do 2-giej. Ludzie się budzili, uciekali do schronów i piwnic, przystosowanych jako schrony. My także żyliśmy w strachu, gdyż bomby nie wybierały. Nie żądano nam już nosić znaku “P”, normalnie się do nas odnosili. Niemki w fabryce były nawet miłe dla mojej mamy.15-go grudnia 1943 r. urodziła się moja siostra. Nie mogliśmy narzekać na opiekę medyczną. Mama miała badania kontrolne w miejscowej przychodni lekarskiej, poród w domu odbierała położna. Potem jeszcze kilka razy przychodziła do domu. Dla dziecka wydano wyprawkę. Dziecko było badane przez lekarza, było szczepione itp. Mama podczas ciąży miała dodatkową kartkę żywnościową. W niedzielę, dla obcokrajowców, o wyznaczonej godzinie w kościele ewangelickim odprawiana była msza św. w języku niemieckim. Nie było spowiedzi, ksiądz kazał przypomnieć sobie grzechy, żałować i przeprosić Pana Boga. Potem, kto chciał,przystępował do komunii św. Życie toczyło się “normalnie” do połowy stycznia 1945 roku. Któregoś dnia oświadczono,że wszyscy mężczyźni w następnym dniu zamiast do pracy mają stawić się o godz. 8-mej na rynku. Tam podzielono nas na grupy po około 20 osób. Każdą grupę przydzielono jakiemuś Niemcowi z “Volksszturm”. Grupy ruszyły przez Nysę na wschód. Szliśmy przez las około pół godziny od zabudowań miejskich. Za lasem pobraliśmy sprzęt z samochodu i kopaliśmy wytyczone już rowy strzeleckie. Każda grupa otrzymała kawał rowu do wykopania. Tak pracowaliśmy przy budowie polowych umocnień na przedmieściach miasta przez tydzień, może to było 10 dni. Pewnego dnia była bardzo gęsta mgła. Widoczność była na 20-30 metrów. Gdzieś około godziny 10-tej na pobliskiej szosie, prowadzącej ze wschodu do miasta, słychać było warkot silników. Po paru minutach zaczęto mówić, że to rosyjskie czołgi jechały w stronę miasta. Niemcy bardzo się przejęli, praca ustała. Nie wszyscy wierzyli, bo front był daleko, skąd tutaj Rosjanie. Po niedługim czasie od strony miasta dochodziły odgłosy wybuchów i strzelaniny. Teraz już nie było wątpliwości. Pracujący,tak jak my, Niemcy oraz pilnujący grup strażnicy Volksszturmu spanikowali. Porzucili piły, łopaty i inny sprzęt i ruszyli do miasta. Cudzoziemcy zachowywali się różnie, jedni mówili, żeby ukryć się w lesie, bo niebawem wejdą Rosjanie, inni wracali do miasta, bo mieli tam bliskich. Ja z ojcem także wróciliśmy do miasta. Po drodze nie widzieliśmy żadnych śladów walki. Dopiero, gdy dochodziliśmy do rzeki, okazało się, że most na Nysie został wysadzony w powietrze, w pobliskich domach powypadały szyby, a nawet okna. Policja kierowała ludzi na lekki most dla pieszych i rowerów, który znajdował się około 300 metrów z prawa. Dowiedzieliśmy się, że gdy czołgi (było ich kilka) zbliżały się, żołnierze pilnujący mostu zdetonowali założone już wcześniej ładunki. Czołgi, oddawszy kilka strzałów armatnich, pojechały w lewo w stronę odległego o kilometr mostu kolejowego. Tam podobno jeden czołg został zniszczony, a pozostałe odjechały w kierunku wschodnim. W mieście wybuchła panika. W ciągu tego i następnego dnia większość Niemców uciekła.Miasto opustoszało. Jednakże nic się nie działo. Reszta niemieckich mieszkańców opuściła miasto. Pozostała tylko policja, Volksszturm i cudzoziemcy. Pojawiło się coraz więcej wojska. Budowali umocnienia, rozstawiono baterie artylerii itp. Do pracy już nikt nie chodził. Gdy jedliśmy obiad, a była to niedziela, nastąpił pierwszy nalot samolotów radzieckich. Samoloty bombowe latały nisko. Niemcy prowadzili ogień, ale żadnego samolotu nie strącono. Tego dnia było jeszcze kilka nalotów. My i pozostałe dwie rodziny polskie, które mieszkały w tym domu, uciekliśmy do piwnicy.Paliło się wiele domów w śródmieściu. Nocą było jasno od pożarów. Dołączyła do nas jeszcze jedna polska rodzina, która mieszkała blisko rzeki. W piwnicy domu była pralnia i pomieszczenie suszarni. Tam siedzieliśmy dzień i noc. W piwnicy było bezpieczniej, jak na piętrach w mieszkaniach. Niebawem Rosjanie zajęli wschodnią część miasta i doszli do rzeki Nysy (Łużyckiej). “Nasz dom” oddalony był od rzeki około 15 kilometrów. Przez kilka dni trwały zacięte walki. Miasto było bombardowane przez samoloty i ostrzeliwane przez artylerię. Niemcy się odwzajemniali. Trwała intensywna wymiana ognia. Mury drżały od wybuchów, wyleciały szyby z okien. Wszędzie było pełno szkła, gruzu i dziur po pociskach. Strach był ogromny. Płakały dzieci, kobiety płakały i modliły się, co jeszcze wzmagał psychozę strachu. Do piwnicy, gdzie byliśmy, przez ścianę i klatkę schodową przylegał parterowy budynek łaźni publicznej. Gdy w tę łaźnię trafiło bomba myśleliśmy, że to koniec z nami. Zgasły świeczki, lampa naftowa spadła ze ściany. Zrobiło się ciemno.Nafta zaczęła się palić, podmuch powietrza wyrwał drzwi wyjściowe na klatkę schodową. W powietrzu było pełno pyłu wapiennego, dymu i kurzu. Ugaszono palącą się naftę i gdy opadł kurz zapalono świeczkę i stwierdzono, że nikomu nic się nie stało. Po wyjściu z innymi na zewnątrz zobaczyłem, że budynku łaźni nie ma. Na miejscu budynku był ogromny lej po bombie, a wokół gruz wymieszany z wannami, drzwiami itp. W ścianie klatki schodowej, przy wejściu do piwnicy zniknęła część ściany, a schody były zasypane gruzem. Łaźnia szczytem przylegała do parkanu, za którym był stary cmentarz. Teraz część parkanu runęła od podmuchu i “nasze” podwórko połączyło się z cmentarzem. Na tym cmentarzu żołnierze wycięli drzewa na linii strzału, co jakiś czas wtaczali tam armatę, oddawali kilka strzałów za Nysę, po czym zaczepiali armatę do ciągnika i szybko uciekali. Po kilku minutach na cmentarzu rwały się pociski radzieckiej artylerii. W naszej artylerii nazywa się to “działo koczujące”. Po paru dniach intensywność walki zelżała, nieco odetchnęliśmy.Mogliśmy wyjść do mieszkań i ugotować jakiś posiłek. Dni mijały, czas się dłużył, narastały obawy, co będzie dalej. Był już chyba początek marca (straciliśmy rachubę czasu). Pewnego dnia wieczorem przyszło dwóch żandarmów, kazali wszystkim się spakować, bo musimy opuścić miasto. Każdemu pozwolili wziąć jedną walizkę lub paczkę. Zaczęto nas prowadzić w kier
