Szanowny Czytelniku!
Pierwsza walka przeciwlotniczych zestawów rakietowych w Wietnamie. Prawdziwy chrzest bojowy przeciwlotniczych zestawów rakietowych SA-75 Dwina miał miejsce w Wietnamie podczas regularnych walk z samolotami Sił Powietrznych USA i US Navy w latach 1965 – 1975. Było to jednocześnie pierwsze w historii zastosowanie na tak szeroką skalę kierowanych rakiet przeciwlotniczych w walce z lotnictwem. Dotychczasowe, jednostkowe użycie przeciwlotniczych zestawów rakietowych SA-75 Dwina, w celu zniszczenia samolotów rozpoznawczych w Chinach (Martin RB-57D) i ZSRR (Lockheed U-2), miały miejsce, odpowiednio, w roku 1959 i 1960.
B.S. Możajew ppłk W.M.Konstantinov por.
Pierwsza walka radzieckich przeciwlotników z samolotami SP USA w Wietnamie odbyła się 24 lipca 1965 r. w rejonie Czung Ha (przeprawa przez Song Da) w odległości około 50 km od Hanoi. W walce uczestniczyli także wietnamscy przeciwlotnicy jako dublerzy na wszystkich stanowiskach pracy bojowej. Dzień ten jest obchodzony jako Święto Wojsk Rakietowych Obrony Powietrznej Demokratycznej Republiki Wietnamu. W starciu brały udział 4 samoloty F-4C „Phantom” i dwa dywizjony ogniowe artylerii rakietowej (doar), 63. i 64. z 236. pułku rakietowego OP NAW.
Pierwszym oficerem w Wietnamie, który w dniu 24 lipca 1965 r. nacisnął przycisk „START”, był porucznik Władysław Michajłowicz Konstantinov oficer naprowadzania 63. doar 236. pr OP Narodowej Armii Wietnamu. Po poprawnym naprowadzaniu dwóch rakiet, prowadzący pierwszą parę samolot został zniszczony. Był to samolot F-4C „Phantom” z 47. Taktycznej Eskadry Myśliwskiej SP USA. Dywizjonem dowodził podpułkownik Borys Stiepanowicz Możajew. Jako dublerzy, na stanowiskach pracy bojowej obecni byli wietnamscy oficerowie i żołnierze. Między innymi: dowódca dywizjonu – kapitan Ngujen Wan Niń i oficer naprowadzania – podporucznik Ła Diń Ti.
- doar i jego dowódca, podpułkownik B. S. Możajew (w centrum bez hełmu).
Pozostali funkcyjni 63. dywizjonu uczestniczący w tej walce:
- dowódca baterii radiotechnicznej – kapitan Walenty Sjergiejewicz Brusnikin;
- dowódca baterii startowej – kapitan Edward Iwanowicz Woronin;
- z-ca dowódcy baterii startowej – porucznik Jurij Sołomatin;
- technik kabiny P – Walentym Pustowojtow;
- operator kabiny P – Kriemok;
- technik UWW – porucznik Władimir Szelestów;
- technik UWK – porucznik Borys Iwanowicz Kołodziej;
- technik RNK – porucznik Walenty Todoraszko;
- operator RNK – Kobyłko;
- technik kabiny U – porucznik Władysławy Michajłowicz Konstantinov;
- operatorzy ręcznego śledzenia (RS): st. szeregowiec Jurij Papuszow, mł. sierżant Anatol Bondarienko, st. szeregowiec Władimir Tiszczenko;
- operator SCR – st. szeregowiec Wiktor Kubuszew;
- planszecista – Musychin.
Według relacji oficera naprowadzania porucznika W.M. Konstantinova, we wspomnieniach „Przypominając sobie bojowych przyjaciół”, sąsiedni 64. doar zestrzelił z tej samej grupy celów jeszcze 2 F-4C „Phantom”. Dowódcą 64. dywizjonu był podpułkownik Fiodor Pawłowicz Ilinych, oficerem naprowadzania porucznik Oleg Bondariew.
Wspomnienia przeciwlotnika…
Jak wyglądał dobór funkcyjnych, odbiór sprzętu bojowego, droga eszelonem do Wietnamu przez Chiny, szkolenie i formowanie nowych dywizjonów rakietowych w Wietnamie, nieustanna gotowość do walki i sama walka, zwycięskie i przegrane bitwy z lotnictwem USA, walka z chorobami i samym sobą w dziewiczej dżungli i z jej klimatem, opowie nam generał major Jurij Aleksiejewicz Diemczenko.
J.A.Diemczenko gen. mjr
Od marca 1965 do 1966 r., wtedy jako porucznik, uczestniczył w działaniach bojowych w Demokratycznej Republice Wietnamu na stanowisku dowódcy baterii startowej 82. dywizjonu ogniowego artylerii rakietowej 238. pr OP NAW. Po powrocie z Wietnamu pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji w wojsku w tym Szefa Sztabu – Zastępcy Dowódcy 17. Korpusu PWO Specjalnego Przeznaczenia Moskiewskiego Okręgu PWO.
Na świetnie napisane, bez wszechmocnej w tamtych czasach propagandy, wspomnienia generała majora J. A. Diemczenki, natrafiłem podczas przeglądania strony internetowej „Międzyregionalna Społeczna Organizacja Kombatantów Wojny w Wietnamie” (MSOKWwW). Dzięki uprzejmości porucznika rezerwy Mikołaja Mikołajewicza Kolesnika, redagującego omawianą stronę internetową, mogę udostępnić dla czytelników WRiA.PL, przetłumaczone na język polski wspomnienia generała majora J. A. Diemczenki i wybrane archiwalne zdjęcia z Wietnamu.
płk rez. Zbigniew Przęzak
1. Odbiór techniki i strzelanie bojowe na poligonie Kapustin Jar.
W 1964 roku dostałem rozkaz załatwić dokumenty niezbędne do wyjazdu za granicę. W sierpniu 1964 roku skierowano mnie do Szkoły Młodszych Specjalistów Wojsk Rakietowych Bakińskiego Okręgu PWO w miejscowości Szubany, miejsca zgrupowania i przygotowania wyjeżdżających specjalistów. Tam nikt nie robił tajemnicy z tego, że czeka nas wyjazd do Algierii. Grupa składała się głównie z oficerów i kontraktowych z jednostek Wojsk Rakietowych PWO Okręgu i Ordżonikidzjenskiej Szkoły Wojskowej. Proces przygotowania został zakończony w listopadzie, każdy z nas przymierzył swój garnitur i przekazał go na przechowanie do czasu wyjazdu. Jednocześnie wyszło zarządzenie nakazujące wysłanie nas wszystkich na należny urlop za 1965 rok.
Będąc na urlopie w Obwodzie Irkuckim, na początku stycznia 1965 r. dostałem telegram od dowódcy dywizjonu podpułkownika I. P. Tieriechina o konieczności natychmiastowego przybycia do miejsca zgrupowania. Natychmiast poleciałem samolotem z Irkucka do Baku. Po przybyciu do miejsca zgrupowania okazało się, że nasza podróż do Algierii nie odbędzie się, a czeka nas bardziej odpowiedzialna misja do innego kraju, ale też z gorącym, wilgotnym klimatem.
Niespodziewanie powołano nowe dowództwo grupy w składzie: dowódca pułku pułkownik Mikołaj Wasiljewicz Bażenow, szef sztabu podpułkownik A. Muszenko, główny inżynier kapitan Anatol Borysowicz Zajka i zastępca dowódcy pułku ds. politycznych pułkownik I. I. Smirnow. W miejsce podpułkownika I. P. Tieriechina na stanowisko dowódcy dywizjonu ogniowego artylerii rakietowej (doar) wyznaczono podpułkownika I. A. Lakiszewa.
Codziennie przybywali nowi oficerowie, sierżanci i żołnierze z jednostek okręgu. Miałem rozkaz sformowania z przybywających oficerów, sierżantów i żołnierzy baterię startową. Kiedy bateria była sformowana, zaczął się etap zgrywania obsług bojowych. Na dowódców plutonów byli wyznaczeni podporucznicy J. N. Zachmyłow i A. I. Miakuszko. Dowódcami wyrzutni startowych byli głównie Ukraińcy: sierżant W. Czubczenko, N. Beksa, W. Sjemienko, N. Konczenko i N. Marusjenko. To byli świetnie przygotowani, fizycznie mocni młodzieńcy, doskonale znający swój fach. Na zajęciach, podczas zgrywania baterii, lubił uczestniczyć kapitan A. B. Zajka i niejednokrotnie wyróżniał przodujących na treningach oficerów, sierżantów i żołnierzy.
Trudno nie przytoczyć jednego zabawnego wypadku, do którego doszło w Centrum Szkolenia w styczniu 1965 roku. Przeprowadzałem trening obsług baterii startowej w ładowaniu wyrzutni rakietowej według norm czasowych. Był bardzo silny wiatr, który utrudniał normalną pracę obsług. Obecny na zajęciach kapitan A. B. Zajka polecił mi zakończyć treningi w związku z silnym wiatrem. Postanowiłem dać możliwość obsłudze załadować wyrzutnię ostatni raz. Obsługa nie zdążyła jeszcze dokończyć proces ładowania, gdy silny poryw wiatru zniósł część ogonową rakiety z wyrzutni na ziemię. Część marszowa rakiety jeszcze utrzymywała się za pomocą obejm STZ na strzale wyrzutni, a jej ogonowa część (silnik startowy) już leżała oparta statecznikami silnika na ziemi. Kapitan Zajka, wyraźnie denerwując się, zastanawiał się gdzie pozyskać dźwig, żeby podnieść rakietę i położyć ją na wyrzutni. Zaproponowałem podnieść rakietę siłami żołnierzy baterii. Nasza próba udała się i po 5 minutach rakieta była umieszczona na swoim miejscu. Więcej, w taką wietrzną pogodę, treningu ładowaniu nie przeprowadzaliśmy.
Do końca stycznia zgrywanie bojowych obsług i dywizjonu ogólnie było zakończone. Prawie wszyscy specjaliści podwyższyli swoją klasę specjalisty wojskowego. Osobiście zdałem egzamin na klasę mistrzowską.
Na początku lutego, na rozkaz dowódcy pułku, pilnie zebrano cały skład osobowy grupy. Podczas odprawy pułkownik N. W. Bażenow poinformował, że wkrótce pułk będzie przegrupowany na poligon Kapustin Jar, w celu otrzymania techniki bojowej, sprawdzenia jej podczas strzelania bojowego i dalszego docelowego przegrupowania. Wydano rozkaz o zmianie etatu pułku na etat czasu wojennego: obowiązywało tylko polowe umundurowanie, dodatkowo wydano po pięć kompletów bielizny, wszyscy oficerowie, sierżanci i żołnierze zostali zaprowiantowani zgodnie z normami czasu wojennego. Zwiększono normy masła, cukru, codziennie oficerowie dostawali bezpłatnie po jednej paczce papierosów „Biełomor” i jednej paczce papierosów „Wojskowe” dla każdego sierżanta i żołnierza. Mieliśmy surowy zakaz informowania o czekającej nas misji w listach i przy odwiedzinach. Po tym wszystkim mieliśmy jeszcze raz ocenić czekające nas zadanie i osobiście podjąć ostateczną decyzję o udziale w tej misji. Na wyjazd nie wyrazili zgody tylko dwaj oficerowie: jeden, bo jego rodzina nie dostała mieszkania, drugi – z powodu nie uzyskania zgody na nabycie samochodu. Obaj oficerowie zostali natychmiast oddelegowani do miejsca swojej dawnej służby.
Na początku lutego 1965 r. zasadniczy trzon pułku eszelonem udał się na poligon Kapustin Jar w celu otrzymania techniki bojowej i odbycia tam strzelania bojowego. Przyjęcie techniki przeciągało się w czasie z wielu powodów, przede wszystkim z powodu braków w ukompletowaniu sprzętu i parametrów technicznych wymagających poważnych regulacji. Mieliśmy rozkaz nie brać udziału w usuwaniu uszkodzeń: wszystkie uszkodzenia mieli usuwać przekazujący nam sprzęt. Sprzęt baterii radiotechnicznej był dostarczony z Centrum Szkolenia Akademii Wojsk PWO w Kalininie, a wyposażenie startowe z Swierdłowskiej Armii PWO. To był pierwszy PZR SA-75 „Desna” (trzy kabiny). Na uzbrojeniu dywizjonu były rakiety pierwszej generacji W-750 (1D). Wobec braków w ukompletowaniu wyposażenia startowego, podjęto decyzję o uzupełnieniu go w Bakinskim Okręgu PWO.
Kabina PA PZR SA-75 “Desna” – Muzeum Lotnictwa w Krakowie – Polska.
Kiedy wreszcie cały dywizjon był całkowicie skompletowany, należało sprawdzić go podczas strzelania bojowego. W tym celu została rozwinięta bateria radiotechniczna w pełnym składzie etatowym i jedna wyrzutnia rakiet SM-63. Przy pierwszym włączaniu sprzętu stwierdzono brak właściwej synchronizacji wyrzutni startowej i kabiny „P”, wyrzutnia obracała się w przeciwnym kierunki w stosunku do obrotów kabiny „P”. Instruktor poligonu wezwał, z obecnej na poligonie czechosłowackiej obsługi doar, która otrzymała niezadowalającą ocenę za strzelania bojowe, dwóch oficerów startowców i oświadczył im, że jeśli do rana przygotują niesprawną wyrzutnię, to on poprawi im oceny. Oficerowie (porucznicy) z gorliwością wzięli się za przygotowanie wyrzutni i rano zameldowali instruktorowi o jej gotowości do strzelania. Jak udało im się uwiarygodnić składany meldunek, trudno mi powiedzieć. Wszystko to działo się pod moją nieobecność.
Strzelanie bojowe było wyznaczone na 10:00. Strzelaniem kierował pułkownik Demid, nakazał obserwować wszelkie działania i notować niedociągnięcia. Jednakże, z powodu zakazu promieniowania elektromagnetycznego (w ramach procedur radiomaskowania) wydanego przez oficera operacyjnego poligonu, strzelania bojowe w tym dniu nie odbyły się. Z tego samego powodu strzelanie nie odbyło się i następnego dnia. Trzeciego dnia zniesiono zakaz promieniowania i wszyscy natychmiast wzięli się za przygotowania do strzelania bojowego. Po pełnym włączeniu techniki i wyjściu w eter, strzelający oficer naprowadzania zameldował pułkownikowi Demidowi o wykryciu nieruchomego celu na azymucie 0 stopni (rożek odbijający, zainstalowany na drewnianej tyczce), a także o obecności drugiego, wolno przemieszczającego się celu. Pułkownik Demid wezwał do telefonu oficera operacyjnego poligonu podpułkownika Kaszczenko i zapytał, co to za ruchomy cel w rejonie rożka odbijającego. Podpułkownik Kaszczenko zakomunikował, że skierował tam ciągnik ACT, żeby wyciągnąć niesprawną woziwodę. Strzelanie bojowe znowu zostało odwołane.
Następnego dnia, warunki były sprzyjające i strzelanie bojowe odbyło się. Naprowadzanie rakiety odbyło się idealnie i poraziła ona cel z uchybieniem zerowym. Trochę czasu minęło do zakończenia wszelkich sprawdzeń po zakończeniu strzelania, razem z instruktorem poligonu od startowego wyposażenia wyszedłem z kabiny dowodzenia i byłem zaskoczony tym, co zobaczyłem – wyrzutnia rakiet, z której dopiero co startowała rakieta, i anteny kabiny „P”, tak jak wcześniej, obracały się w przeciwne strony. Na ten widok instruktor dostał dreszczy. Poprosił mnie, bym nikomu o tym nie meldował, drżącymi rękami wyjął z papierośnicy papierosa, przypalił i pobiegł w kierunku wyrzutni. Skoczył na wyrzutnię i przestawił rękojeść reduktora wyrzutni na napęd ręczny i zatrzymał dalszy jej obrót. Potem udał się na stanowisko, gdzie byli dwaj oficerowie startowcy, którzy przygotowywali wyrzutnię do strzelania bojowego. Myślę, że sporo dosadnych epitetów pod swoim adresem musieli wysłuchać. Po długotrwałej regulacji udało się w końcu uzyskać poprawną synchronizację wyrzutni i kabiny „P”. Opisany przypadek jeszcze raz pokazał konieczność skrupulatnego sprawdzania wszystkich parametrów wyrzutni.
Wyżej opisany przypadek można wyjaśnić prosto. Młodzi oficerowie startowcy wykonywali regulację systemu obrotu selsynów według azymutu, przy wyłączonej kabinie „P”. Znali wcześniej azymut, na którym był wystawiony rożek odbijający i od bloku miejscowego sterowania wyrzutnią zadawali azymut 0 stopni, a potem kontrolowali, jak wyrzutnia odpracowuje zadany kąt. Chociaż selsyny generowały błędny sygnał (niezgodny według fazy), nastąpiło przypadkowe pokrycie realnego azymutu 0 stopni i fałszywego zera. Gdyby rożek odbijający był na innym azymucie – błąd byłby widoczny natychmiast.
Tak zakończył się pierwszy etap przygotowania. Pisemnymi raportami dowódcy baterii, a potem dowódca dywizjonu zameldował dowództwu pułku o przyjęciu techniki i o jej gotowości do działań bojowych, po czym załadowaliśmy technikę na platformy kolejowe i w końcu lutego 1965 r. pułk eszelonem ruszył z Kapustin Jar w kierunku na Czelabińsk.
Szubani – Hanoi, trasa przebyta eszelonem, ca 10.000 km.
Szubani (0 km) – Kapustin Jar (1032 km) – Czelabińsk (2309 km) – Omsk (3091 km) – Angarsk (5154 km) – Czyta (5816 km) – Zabajkalsk (6192 km) – Pekin (7422 km) – granica Chiny/Wietnam (9665 km) – Hanoi (9818 km).
Przed ruszeniem eszelonu dowództwo pułku przeprowadziło z nami instruktaż o konieczności przestrzegania surowych zasad maskowania i tajemnicy podczas podróży. Kategorycznie zabronione było wychodzenie z wagonów sierżantom i żołnierzom, zabronione było kontaktowanie z osobami cywilnymi. W wyjątkowych wypadkach dopuszczalna była jedna odpowiedź: „Udajemy się na szkolenie”. W planie podróży eszelonu docelową stacją było miasto Chabarowsk. Z całym składem osobowym swojej baterii jechałem w wagonie ogólnym. Z powodu zbyt małej ilości wydanego węgla, wagon praktycznie nie był ogrzewany, dlatego wszyscy kładliśmy się na gołych dechach, nie rozbierając się, w pełnym polowym ekwipunku.
Wieczorem, około 21:00 przybyliśmy na stację Czelabińsk. Poprosiłem wartownika o otworzenie drzwi wagonu. Powinienem sprawdzić umocnienie techniki i zameldować o tym komendantowi eszelonu. Skończywszy sprawdzenie, skierowałem się do swojego wagonu. Przy wagonie podszedł do mnie wartownik i zakomunikował, że niedaleko na sąsiednich torach stoi wagon z węglem i byłoby dobrze się w niego zaopatrzyć. Zgodziłem się, wziąłem ze sobą trzech żołnierzy, worki i przystąpiliśmy do „stworzenia rezerwy opałowej”. Takim sposobem mieliśmy ciepło i komfort na całą następną część podróży. Następnego dnia wezwał mnie pułkownik N. W. Bażenow i w obecności wszystkich swoich zastępców skarcił za węgiel, ale nie mocno i bez następstw. Z Czelabińska eszelon skręcił w kierunku na wschód i rano już byliśmy na stacji Kurhan, a o 19:00 – w Omsku.
Ponieważ moja żona była brzemienna, w sierpniu 1964 r. wysłałem ją do jej matki do miasta Angarsk. Pozostawienie żony w oddalonym dywizjonie w takim stanie groziło trudnymi do przewidzenia następstwami. 29 grudnia 1964 roku urodziła się córka, którą widziałem przez tydzień, będąc na urlopie. Wpadłem na pomysł, jak jeszcze raz zobaczyć żonę i córkę. Oficerom pozwolili wyjść z wagonu i przebywać obok składu pociągu. Ja i kilku oficerów dotarliśmy do dworca, skąd nadałem do żony telegram, w którym wskazałem orientacyjny czas przejazdu naszego eszelonu przez Angarsk i poprosiłem ją o przybycie na dworzec z córką.
We wskazanym w telegramie czasie, eszelon podchodził do Angarska. Ubrałem się i wyszedłem do przedsionka wagonu, próbowałem otworzyć drzwi, ale były zamknięte. Po paru minutach do przedsionka wszedł kapitan Gurij Zinowjew (inżynier techniki bezpieczeństwa), uważnie mi się przyjrzał, zapalił i odszedł na przeciwległą stronę przedsionka. Też zapaliłem, wpatrując się w przestrzeń za oknem i denerwując się. Skończywszy palić, kapitan Zinowjew podszedł do mnie i zapytał:
- Niepokoicie się?
- Niepokoję się. – przyznałem się.
- Proszę się nie niepokoić, przystanku nie będzie! – „Uspokoił” mnie kapitan i wyszedł z przedsionka.
Zostałem w przedsionku sam ze swoimi myślami i nocną ciemnością za oknem. Skład pociągu szedł ostrym łukiem i zobaczyłem daleko oświecony budynek dworca, a naprzeciwko dom matki mojej żony. Dworzec był coraz bliżej i wreszcie, zobaczyłem przy jego wejściu swoją żonę, jej siostrę i wózek dziecięcy. Skład pociągu jechał z duża szybkością, jakby specjalnie. I tak nie odbyło się nasze, wydawało się zupełnie możliwe, spotkanie.
W wagonie nudno nie było, zwłaszcza podczas nocy. Starszym sierżantem służby nadterminowej w naszej grupie był z Potijskiego pułku – technik aparatury nadawczo-odbiorczej – lunatyk. Pomimo tego, że spał on na górnej półce, nie miało to dla niego żadnego znaczenia, w nocy wstawał i nie otwierając oczu ubierał się w pełne umundurowanie i chodził do rana po wagonie, wydając różne polecenia, albo spokojnie rozmawiając ze swoją, w wyobraźni, żoną. Pierwsze jego nocne wyjście wprowadziło wszystkich w stan osłupienia. Nikomu z nas nie gwarantowało jego zachowanie bezpieczeństwa. Zdziwił mnie fakt dopuszczenia go przez komisję do wyjazdu za granicę. Żeby trochę zapewnić bezpieczeństwo wszystkich, poleciłem dwóm starszym sierżantom – Czubczence i Nikołajence, opiekować się naszym lunatykiem w nocy i próbować kłaść go dalej spać, co ostatecznie się udawało. O tym przypadku nikt z dowództwa pułku się nie dowiedział, a starszy sierżant – lunatyk, z honorem wykonywał swoje obowiązki w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, za co był wyróżniony wysoką nagrodą rządową.
Nasz eszelon szybko posuwał się na wschód. Po przybyciu nieopodal miasta Czyta eszelon zatrzymał się, przerwa w podróży trwała prawie dobę. Jak wyjaśniano, zrobiono to w celu wprowadzenia w błąd rozpoznania przeciwnika. Około 22:00 eszelon przybył na stację Czyta, a rano – na pograniczną stację Zabajkalsk.
Z składem osobowym eszelonu spotkał się Szef Oddziału Mobilizacyjnego Wojsk PWO generał porucznik W. D. Godun. Dopiero teraz wszyscy zrozumieliśmy, dokąd my jedziemy!
Stan osobowy eszelonu zajął miejsca w krytych samochodach i został przewieziony do przygotowanych dla nas koszar. Ja otrzymałem od pułkownika N.W. Bażenowa zadanie – zostawić ze sobą niezbędną liczbę żołnierzy i sprawdzić poprawność mocowania techniki bojowej na platformach eszelonu i dokładność maskowania. Wziąwszy niezbędne narzędzia do mocowania techniki, natychmiast przystąpiliśmy do wykonania postawionego zadania. Po jakimś czasie do eszelonu przybył generał porucznik Godun, a w ślad za nim na krytym samochodzie przywieziono nowe szpitalne namioty. Od tego momentu, do zakończenia prac, generał przebywał z nami, sprawdzając jakość naszej pracy. Kiedy zakończył się proces mocowania, należało jeszcze sprawdzić maskowanie. Wszystkie kabiny były zamaskowane siatkami maskującymi. Pomimo tego, że wszystkie wyrzutnie były zakryte nowymi pokrowcami, generał porucznik Godun rozkazał okryć je dodatkowo namiotami szpitalnymi. Zapytałem go:
- Po co potrzebne te namioty? – Na co on odpowiedział:
- Przydadzą się, synek.
Wypada zauważyć, że była to męcząca praca. Było bardzo zimno i wiał silny wiatr. Zaraz po zakończeniu prac, bezpośrednio z platformy zawieziono nas samochodem do łaźni. Łaźnia z zewnątrz wyglądała jak zwykła szopa, stojąca w odosobnieniu pośrodku pustynnego stepu Zabajkała. Obok łaźni stał czterokołowy wóz z ogromną drewnianą beczką. Do koła wozu przywiązany był koń, który miał dość ponury i chudy wygląd. W pysku miała wędzidło, a nie siano. Kiedy wszedłem do przedsionka łaźni, leżący na ławce żołnierz, nie podnosząc z oczu czapki, oświadczył:
- Koniec łaźni, wody nie ma!
Jego krótki, ale jednoznacznie brzmiący komunikat wprowadził wszystkich w osłupienie. Nam, przebywającym w eszelonie od 10 dób i bez wytchnienia wykonującym mocowania i maskowanie całej techniki, łaźnia była niezbędna, jak powietrze! Po wejściu do wnętrza, zobaczyliśmy mroczny obraz: na podłodze i ławkach poniewierały się brudne ręczniki i onuce, większość misek była puste, ale w niektórych została brudna, mydlana woda po myciu się naszych poprzedników. Poradziwszy się, zdecydowaliśmy się chociaż jakoś umyć się. Wybrawszy czystsze ręczniki i miski z resztkami wody, rozebraliśmy się i jakoś przetarliśmy nasze ciała wyżętymi, wilgotnymi ręcznikami. Pomimo takiej „łaźni”, mieliśmy czyste sumienie. Wykonaliśmy jedno z nakazanych regulaminem służby wewnętrznej obowiązkowej czynności i byliśmy niewiele czyściejsi.
2. Do granicy Wietnamu – przez przyjazne Chiny.
Z łaźni dostarczono nas do miejsca rozmieszczenia pozostałej naszej grupy. Kiedy wszedłem do koszarowych pomieszczeń, nie mogłem niczego zrozumieć: wszyscy nasi specjaliści ubrani byli w cywilne ubrania. Prawie wszyscy rzucili się nam naprzeciw, na wyścigi ponaglając nas. Wszyscy czekali tylko na nas – od nas zależał termin wysłania naszego eszelonu w dalszą podróż. Kiedy zapytałem dowódcę dywizjonu podpułkownika Lakiszewa, dlaczego nas przebierają w „cywilki”, odpowiedział, że takie warunki postawił rząd Chin.
Przeprowadzono mnie do niedużego pokoju i znajdujący się tam nieznany major zaproponował mi, bym wybrał sobie garnitur. Wybierać już nie było z czego, do wyboru zostały dwa garnitury: jeden bardzo jasny, drugi lekko ciemny, na którym skupiła się moja uwaga. W końcu moich wspomnień jeszcze raz wrócę do tego garnituru. Każdemu z nas, oprócz garnituru, dano płaszcz, po dwie pary chińskich spodni i koszul, czapkę i czarne półbuty. Wojskowy mundur każdy z nas włożył do specjalnego worka z adresem dawnego miejsca służby. Każdy miał z sobą pieniądze. Zaproponowano nam wydać je teraz, żeby nie wieźć przez granicę. Ja miałem około 120 rubli. Wśród proponowanego asortymentu towarów, podstawowym był wojskowy i wybierać nie było z czego. Kupiłem trochę szczotek do odzieży, pasów, szczotek do zębów i inne drobiazgi. Ale wszystkich pieniędzy nie zdołałem wydać, zostało mi jeszcze całych 8 rubli.
Kiedy wszystkie przygotowania były zakończone, wszystkich ustawiono w szyku i głos zabrał, żegnając nas, generał porucznik Godun. Przypomniał nam, że jesteśmy przedstawicielami wielkiego państwa – Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i wszystkie nasze czyny powinny być rozważnymi i przemyślanymi: Czeka nas wykonywanie zadania bojowego razem z wietnamskimi bojownikami i powinniśmy wykonać je z honorem. W końcu swojego wystąpienia on zapytał:
- Pytania są?
Nikt się nie odezwał. Z pomieszczenia wyszli wojskowi zasadniczej i nadterminowej służby, w szyku zostali tylko oficerowie. Generał przypomniał jeszcze raz o wojskowym długu, o oficerskim honorze i konieczności przestrzegania moralnych norm zachowania się w innym kraju. Wyjątkowo zdziwił nas, oświadczając, że w Wietnamie prawie wszystkie kobiety są wydekoltowane! W końcu swojego wystąpienia on znów zapytał:
- Kto nie chce dalej jechać?
Z szeregu wystąpiło dwóch oficerów, motywując odmowę wyjazdu do Wietnamu stanem zdrowia członków swoich rodzin. Ich odmowa została przyjęta.
Każdemu specjaliście wydano po 75 juanów. Każdemu przydzielono miejsce w wagonach, załadowano do autobusów i krytych samochodów i przewieziono do eszelonu, znajdującego się jeszcze na terenie Sojuza. Dowództwo pułku i starsi oficerowie mieli przydzielone miejsca w wagonie z przedziałami, a wszystkie pozostali w wagonie ogólnym. Wagony miały zupełnie przyzwoity wygląd, wszystkie okna były dokładnie zamknięte zasłonami. Mieliśmy rozkaz zająć swoje miejsce, nigdzie nie wychodzić, czekać na rozpoczęcie jazdy.
Po jakimś czasie nasze wagony przetoczono na terytorium Chin. Była głęboka noc, wszyscy byli mocno zmęczeni i, nie doczekawszy się pościeli, nie rozbierając się, usnęli na swoich miejscach. W tym czasie chińscy specjaliści przekładali nasze platformy z bojową techniką na swoje koła wagonowe. Szerokość szyn kolejowych w Chinach była trochę inna niż u nas. Ten proces trwał około 14 godzin.
Rano w naszym wagonie pokazała się kobieta – przedstawicielka chińskiego urzędu celnego i w chińskim języku zadała wszystkim kilka pytań, które dla nas były niezrozumiałe. Potem powtórzyła pytania po rosyjsku: „Czy ktoś ma broń?” Wszyscy odpowiedzieli przecząco. „Czy ktoś ma radzieckie pieniądze?” Oprócz mnie nikt pieniędzy nie posiadał. Podniosłem rękę i celniczka podeszła do mnie. Pokazałem jej 8 rubli, po czym ona wypisała mi pozwolenie na ich przewóz, uprzedziwszy o konieczności ich zachowania do powrotu z Wietnamu. Pieniądze i kwit schowałem głęboko.
Zatrzymuję się na takich drobiazgach, dlatego, że one są bardzo istotne – te pieniądze rzeczywiście zachowałem i przywiozłem do Sojuza, gdzie bardzo mi się przydały. Przed samym odjazdem z Wietnamu każdemu z nas wydano czek na 25 rubli na niezbędne potrzeby. Ale na lotnisku w Irkucku oświadczono nam, że pieniędzy nie ma i te moje 8 rubli okazały się zbawienne: za dwa ruble nadałem telegram do żony w Angarsku, jeden rubel wydałem na taksówkę, pięć rubli moi przyjaciele wyprosili na wspólną imprezę w restauracji z okazji powrotu do Ojczyzny.
Prace z wymianą wagonowych wózków z kołami przeciągały się i mieliśmy dość bezczynnego siedzenia w wagonie. Wszyscy natarczywie zaczęli żądać pozwolenia na wyjście z wagonów. W końcu pozwolono nam wyjść, zwiedzić sklep na stacji, przespacerować się po peronie. Chodzić, po raz pierwszy w życiu, po obcej ziemi – to było ogromne przeżycie! Kiedy wyszedłem z wagonu i popatrzyłem dookoła, pierwsze, co rzuciło się w oczy – to niezliczona ilość rur wysokością 3-5 m w przylegających do stacji domach. Natychmiast zrozumiałem ich przeznaczenie. W okresie kryzysu Karaibskiego, przez rok musiałem tymczasowo wykonywać obowiązki zastępcy dowódcy 2. doar, 345 pr ds. politycznych – etatowy zastępca kapitan G. Zags był na Kubie w delegacji – dlatego byłem na bieżąco w sprawach wydarzeń politycznych w kraju i na świecie. Stale musiałem występować przed stanem osobowym z informacjami politycznymi i prowadzić zajęcia polityczne. Wydział polityczny pułku codziennie określał wytyczne co do kierunku pracy propagandowej.
Dymarki do wytapiania surówki w Chinach z okresu “Wielkiego Skoku”.
W tamtych latach Komunistyczna Partia Chin prowadziła w kraju politykę „Wielkiego Skoku”. Jednym ze strategicznych zadań tej polityki, w dziedzinie ekonomii, było dogonić i wyprzedzić przodujące kapitalistyczne kraje (USA i Wielką Brytanię) w wytopie surówki i stali (około 220 mln ton w roku). KPCh mobilizowała wszelkie moce i środki dla osiągnięcia wyznaczonych celów. Dla tych celów budowano wszędzie małe piece do wytopu surówki. Nawet do miejsc czasowego schronienia pasterzy doprowadzano tory kolejowe dla dostawy złomu metalowego i wywozu wytapianego metalu. Chiny wykonały postawione zadania, ale jakość tej surówki i stali była na tyle niska, że jej nie wolno było używać. Na stacjach, przy domach, przy schronieniach pasterzy, prawie wzdłuż całej linii kolejowej, od granicy do Pekinu, poniewierały się żeliwne bałwanki, nie mając popytu, a chałupnicze piece do wytapiania surówki dawno wygasły.
Mnie także zaskoczył i inny widok, którą miałem okazję obserwować w tej samej miejscowości. Po osiedlu, rześko z pieśnią na ustach z kilofami i łomami na ramionach, maszerowała w szyku grupa dzieciarni w wieku 8-10 lat na czele z nauczycielem. Zgodnie, z poleceniami nauczyciela, szyk zatrzymywał się, dzieci przechodziły na przydzielone im działki i rozpoczynały drążyć kilofami i łomami zmarzniętą ziemię. Wyjaśniono nam, że to była lekcja pracy, przygotowywano doły do sadzenia drzew, i mróz nie miał tu żadnego znaczenia!
Po jakimś czasie, razem z swoimi towarzyszami broni zaszedłem do przydworcowego sklepu z pamiątkami. Rzuciła się w oczy ogromna różnorodność zabawkowych automatów i pistoletów zasilanych bateryjkami, ale one mnie nie bardzo interesowały. Dla mojej córki te zabawki nie pasowały, a ci oficerowie, którzy w domach pozostawili synów, natychmiast dokonali masowych zakupów. Kupiwszy, natychmiast chowali zabawki pod ubranie, w końcu była to zabroniona podczas przewozu broń – żartowali. Na górnych pułkach sklepu, w kolejności zależnej od ich roli w świecie, stały popiersia wodzów światowego proletariatu i ich współtowarzyszy rewolucyjnej walki: Mao Zedonga, Karola Marksa, Fryderyka Engelsa, W. I. Lenina, I. W. Stalina, K. J. Woroszyłowa, S. M. Budiennego. Więcej nie pamiętam, ale oświadczam, że wśród nich nie było N. S. Chruszczowa, Ł. I. Brieżniewa i N. A. Kosygina. Wydane mi juany zachowałem wszystkie – niczego nie kupiłem. Przespacerowawszy się po peronie, wróciliśmy do wagonów i wreszcie, eszelon ruszył z miejsca.
Od tego momentu naszą technikę strzegła chińska ochrona, w wagonach nadzór sprawowali chińscy kierownicy wagonów. Razem z nami, w oddzielnym przedziale, jechali chińscy specjaliści – remontowiec i dwaj tłumacze. Wydano nam wreszcie pościel, materace i poduszki. Poduszki były szczelnie wypełnione słomą ryżową. Były bardzo twarde i na tyle ciężkie, że można było nimi, jeśli nie zabić człowieka, to na pewno zrobić z niego kalekę na całe życie! Nie lepsze były materace.
W składzie eszelonu, w oddzielnym, specjalnie urządzonym wagonie, mieściła się kuchnia i stołówka, gdzie wszyscy spożywaliśmy posiłki. Posiłki przygotowywała chińska brygada kucharzy i jeden radziecki kucharz, starszy szeregowy Parchomczuk. Cała obsługa realizowana była na wysokim poziomie. Na stołach były niezbędne przyprawy i dodatki, na nich w nadmiarze leżały chińskie papierosy. Według opinii wszystkich palaczy, wykładane codziennie w wagonie w ogromnej skrzynce ze sklejki papierosy, nie starczały każdemu. Każdy brał według swoich potrzeb. W tej sytuacji, po posiłkach ośmielaliśmy się próbować chińskie papierosy, leżące na stołach. Spróbowawszy te aromatyczne, ale zbyt słabe papierosy, wszyscy doszliśmy do wniosku: nasze wyroby tytoniowe są lepsze.
Starszy grupy Olifir, po spożyciu obiadu oceniał jego jakość, podchodził więc do każdego stołu i otrzymywał od każdego indywidualną ocenę. Kiedy wróciłem do swojego wagonu i chciałem wziąć ze skrzynki na zapas trochę paczek „Biełomorów”, zrozumiałem, że byłem spóźniony: w skrzynce nie została ani jedna paczka! Wszyscy zaopatrzyli się wcześniej na dłuższy czas. Podszedł do mnie dowódca wyrzutni starszy sierżant Czubczenko i po bratersku podzielił się ze mną, dając mi pięć paczek „Machorkowych”. Później zaczęli nam wydawać po jednej paczce „Biełomorów” na tydzień. W Wietnamie przyszło nam zmienić papierosy na „Nowe”, które kupowaliśmy w sklepie.
Podczas podróży nasze stosunki, z towarzyszącymi nam chińskimi specjalistami, pomału zaczęły się układać. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać przez tłumaczy. Oni i my zadawaliśmy w kółko to samo pytanie: dlaczego nas się różnie traktuje, przecież my tacy sami normalni ludzie?! Chińczycy mieli prawo do swobodnie wyjścia na przystankach i, korzystając z tego prawa, pewnego razu przynieśli do wagonu chiński koniak i piwo. Wieczorem urządziliśmy skromną wspólną ucztę z trunkami. Razem śpiewano popularną i znaną każdemu Chińczykowi pieśń: „Moskwa-Pekin, idą, idą naprzód narody, za trwały świat, za jasną drogę, pod sztandarem wolności! Stalin i Mao słuchają nas, słuchają nas!..” itd.
Sztuczność sowiecko-chińskich stosunków była dostrzegalna we wszystkim. Na całej długości jazdy po terytorium Chin, na żadnej stacji nie widzieliśmy ani jednego człowieka, kiedy przejeżdżał nasz pociąg. W chińskich wagonach pasażerskich, spotykanych na jakiejkolwiek stacji, wszystkie okna były zasłonięte od wewnątrz czarną tkaniną. Pasażerom tych pociągów także było zabronione wychodzić z wagonów na przystankach. Bez ludzi wszystko dookoła wydawało się martwe.
Nasz eszelon dziesiątej doby przybył w rejon Pekinu, stolicy CHRL. Mniej więcej w odległości trzydziestu kilometrów od Pekinu eszelon skierowany został na ślepy tor. Do nas przybyli wysocy przedstawiciele Rządu i KP Chin, obejrzano wszystkie nasze wagony, a potem zebrano wszystkich w jadalni w celu wysłuchania naszych uwag. Z naszej strony uwag nie było. Jednakże uwagi były ze strony chińskiej – odpowiedzialnych za zabezpieczenie wyżywienia radzieckich specjalistów. Chiński przedstawiciel wyraził niezadowolenie w związku z tym, że w drodze my sam płaciliśmy za posiłki. Tego, według jego wypowiedzi, nie powinno być. Ten problem był uzgodniony podczas niedawnej wizyty w CHRL A. N. Kosygina, a w protokóle negocjacji powiedziano, że koszt wyżywienia włączony jest w ogólną sumę (50 mln rubli), którą ZSSR wypłacił CHRL dla zabezpieczenia ruchu naszych eszelonów po terytorium Chin. Chiński przedstawiciel nakazał, wszystkie pobrane wcześniej pieniądze zwrócić radzieckim specjalistom. Pobranych od nas wcześniej pieniędzy, oczywiście, nie zwrócono nam, ale od tego dnia i do końca trasy za posiłki więcej nie płaciliśmy.
Pekin – Ściana Dziewięciu Smoków.
Po przybyciu do Pekinu autobusami zawieziono nas do miasta. Przedstawiciele chińskiego Rządu jechali razem z nami autobusami, pełniąc rolę przewodników. Przede wszystkim, rzuciła się w oczy ogromna ilość ludzi na ulicach Pekinu, sklepów i kiosków, tysiąca rowerów, stawionych w sposób uporządkowany na parkingach, czy to przy przedsiębiorstwach przemysłowych jak i przy sklepach, i wiele ryksz. Na głównym placu miasta autobusy zatrzymały się i poproszono nas o wyjście. Z lewej strony trybuny, dom, gdzie pracował Mao Zedong, z prawej strony – ogromny budynek ze szkła i betonu. Tam odbywały się wszystkie ważne polityczne posiedzenia. Potem autobusy pojechały do Muzeum Narodowo-Wyzwoleńczej Armii Chin. Przy budynku muzeum, w tamtych czasach, była spora ilość oddziałów wojskowych uzbrojonych w karabinki SKS chińskiej produkcji. W składzie oddziałów było wiele kobiet. Przy wejściu do muzeum wznosił się ogromny monument Mao Zedonga z białego marmuru. Na placu muzeum leżały jednosilnikowe samoloty, zdobyte na Czang Kaj-szeku. Na koniec wycieczki każdemu z nas wręczono ulotkę, w której ostro krytykowano KPZR i jej kierownictwo, wspólników imperializmu, a także twierdzono, że wojna jądrowa to tylko „papierowy tygrys”.
Następnie cała nasza grupa przybyła do Parku Południowego, gdzie z ogromnym zainteresowaniem obejrzeliśmy wszystko, co nam pokazano. Zwłaszcza pozostała mi w pamięci roślinność, malowidła ścienne wewnątrz budynków przedstawiające smoki, dwupiętrowy kamienny dom, zbudowany na jednej kolumnie jeszcze przed naszą erą (zaprawa do budowy tego domu składała się z ryżowego wywaru zmieszanego z białkiem jajek), staw z zbiorem pięknych różnokolorowych ryb, wykopany w starożytności przez niewolników, most przez cały staw zbudowany z polecenia jakiejś cesarzowej na schadzki ze swoim ukochanym. Później, w okresie rewolucji kulturalnej, Park Południowy zniszczyli wandale z ramienia hunwejbinów.
Należy zaznaczyć, że czuliśmy ogromne ochłodzenie w naszych stosunkach z Chinami. Widzieliśmy, jak wszyscy obecni w Parku unikali nas, oglądali się, unikali rozmów. Po zwiedzaniu Parku odbył się wspólny obiad w restauracji, na który zaprosiła nas strona chińska, a po obiedzie wróciliśmy do eszelonu. Odprowadziły nas te same osoby, które nas witały.
Czekały nas jeszcze dwie doby jazdy przez terytorium Chin. Po drodze zobaczyliśmy wreszcie prostych chińskich ludzi, pracujących rolników: Mężczyznę, kobietę i dziecko. Mężczyzna ciągnął po polu pług, żona, niosąc na plecach małe dziecko, szła za pługiem, pomagając mężowi. Chcę zaznaczyć, że w przeciągu całego przejazdu po terytorium Chin, nie widzieliśmy ani jednego traktora lub kombajnu.
W pamięci pozostał mi jeszcze jeden obraz: Na zboczu ogromnej góry, rozpościerającej się wzdłuż kilku kilometrowej drogi kolejowej, zobaczyliśmy tysiące otworów zasłoniętych przezroczystymi zasłonami. Gdy nastała noc w niektórych takich „oknach” było widoczne mętne światło. Tłumacz wyjaśnił nam, że Chiny to wielomilionowy kraj. Mieszkań dramatycznie brak, dlatego wielu jeszcze żyje w takich jaskiniach.
