Moje Wspomnienia i Refleksje Przeciwlotnika
Pierwszy kontakt z wojskiem – Wojskowa Komenda Uzupełnień.
Foto 1. Kpr. rez. Janusz Chojnowski.
Pierwszy kontakt z wojskiem? WKU Złotoryja (obecnie WKU Legnica). Komisja odbyła się w Złotoryi. Oczywiście honorowe krwiodawstwo (ja nie oddałem), potem wypełnianie ankiet i stanęliśmy przed komisją – wiadomo, pojedynczo. Badania były pobieżne, a komisja, żeby podnieść swój prestiż, odzywała się tylko i wyłącznie podniesionym głosem. Wiadomo było, jaką kategorię otrzymam, bo nie narzekałem na stan zdrowia. Tak więc A1 i “Przeznaczony do odbycia służby wojskowej”.
Podczas wypełniania ankiety jedno z pytań brzmiało: „w jakim rodzaju wojsk chciałbyś służyć”. Ja bez zastanowienia napisałem WOP – jakoś zawsze mnie ciągnęło do obrony granic naszego kraju, a patrolowanie granicy uważałem za pewien rodzaj „sportu ekstremalnego”. WOP od WOPK różni się tylko jedną literą, a nasza służba w końcu też polegała na ochronie granic, tyle że powietrznych. Po komisji trochę się nas zebrało celem spożycia niskoprocentowego napoju alkoholowego, aby przypieczętować naszą chęć oddania dwóch lat życia dla ochrony ojczyzny. Tak w wielkim skrócie mogę streścić moją pierwszą styczność z LWP.
A tak w ogóle to w 1985 roku, pracując w Legnicy w firmie, która w tamtych latach była prężna jak górnictwo czy hutnictwo, czyli PKP, w lutym (chyba) otrzymałem powołanie do jednostki w Krośnie Odrzańskim. Na dzień dzisiejszy nie pamiętam numeru jednostki. Wtedy czarno na białym stanęło: idę do armii na wiosnę!
W lokomotywowni wykonywałem zawód o bardzo długiej nazwie „Mechanik napraw silników spalinowych pojazdów trakcyjnych”. Był to dział, z którego tylko jeden krok dzielił od egzaminów na tzw. młodszego maszynistę lokomotyw spalinowych. Wtedy zrozumiałem, że nie będę jeździł, bo po wojsku na kolej nie wrócę. Zrobiliśmy z kolegą pożegnanie w brygadzie DIESEL i… no właśnie. Tydzień przed rozpoczęciem służby w Krośnie, po wcześniejszym zawiadomieniu mnie w WKU Legnica, oddałem bilet i zostałem odroczony do jesieni. Szok! Z drugiej strony, gdyby nie to zdarzenie, nie poznałbym WOPK, w której to przyszło mi spędzić 726 dni.
Niech nikogo nie zmyli tu ilość dni; nie ma tu żadnej dosługi za kary. Po prostu tyle służyliśmy i kropka.
A tak wracając do WOPK, to nie sposób opisać to wojsko w kolorach. No właśnie, co to znaczy? A to, że w tamtych czasach widziało się żołnierzy na ulicy w mundurach zielonych, bardzo rzadko w marynarskich, a tu raptem kolor granatowy. Pamiętam, że jak jechaliśmy któregoś dnia do domu, to w Legnicy na dworcu głównym dziecko wołało: „mamo, mamo, ile milicji”. W naszym rejonie, tzn. w starym województwie legnickim, nie spotykało się raczej „rakietowców” i „pilotów”. Mijani ludzie na ulicy spoglądali, a znajomi wprost pytali, jaka to formacja.
Tak to, moi drodzy, wyglądało. Natomiast, co do komisji lekarskiej, to z perspektywy czasu zrozumiałem, że w tamtych czasach nie było czasu na głębsze badania i przyglądanie się późniejszym żołnierzom. Norma miała być wykonana, a że zdarzały się nieraz błędy – kto wtedy ponosił za to winę – nie było takiej opcji.
Pierwsze dni w wojsku – 39 dr OPK Gryfino.
Łza się w oku kręci. Tak, tak, to już 20 lat, kiedy opuściłem 39 dr OP (JW 2295) Gryfino.
Moja przygoda rozpoczęła się w 1985 roku, kiedy to, wysiadłszy z pociągu, swe kroki skierowałem do jednostki w Gryficach. Krzyki, gonitwy, zmiana ubioru i już siedzimy w autobusie (o ile dobrze pamiętam UNU 2370 – a może inny). W nocy wszystkie koty są czarne, więc podróż do Gryfina do 39 dr OP, która przebiegała w nocy, minęła w miarę „szybko” i około 1 w nocy stanęliśmy w okolicach wartowni, stołówki i dyżurki oficera dyżurnego dywizjonu rakietowego. „Miłe” powitanie ze strony żołnierzy, którzy pełnili wartę i biegusiem na baterie. I piętro (siedziba I i II baterii), szybkie zakwaterowanie w salach i spać – do 8 rano!?
Tak w wielkim skrócie mogę opisać mój pierwszy dzień pobytu w mojej jednostce.
Teraz kilka szczegółów, które pomimo upływu lat pozostały jeszcze gdzieś w głębi mózgu:
- d-ca jednostki: ppłk Zygmunt Gaik
- z-ca d-cy ds. politycznych: por. Piotr Micota
- z-ca d-cy ds. technicznych: mjr Aleksander Blejsz
- szef sztabu: ppłk Wacław Kozak
- d-ca I baterii: kpt. Tadeusz Bugdal
- d-ca II baterii: kpt. Zbigniew Majerczyk
- d-ca III baterii: mjr Kazimierz Węglarz
Poniżej pragnę podać kilka nazwisk (przepraszam, że nie pamiętam stopni i imion przynajmniej niektórych), z którymi człowiek spotykał się na co dzień:
Okres tzw. unitarki:
- d-ca plutonu kierowców (unitarki): por. Krzysztof Bąk
- d-ca I drużyny: kpr. Micuła
- d-ca II drużyny: kpr. Michał Kozber
W plutonie kierowców przyszło mi służyć do przysięgi, a potem… No właśnie, wtedy nazywało się to „szkoła krazistów”, czyli zdobywanie uprawnień do kierowania pojazdami wielotonowymi typu KRAZ.
Pamiętam, że na co dzień mieliśmy do czynienia ze wspaniałym człowiekiem – można śmiało tak go nazwać – jakim był sierż. Zbigniew Stańczyk (d-ca PTG).
Większość nas była z Chojnowa, Legnicy, Prochowic, ale nie brakowało również takich miast jak Kalisz, Leszno, Śmigiel.
Ciężko jest mi na dzień dzisiejszy wymieniać wszystkich, ale tych, których w danej chwili pamiętam, przedstawiam (przepraszam za brak imienia niektórych): Turczyński Marek, Piłat Waldemar, Piskorowski Krzysztof, Wadach Mirosław, Glapa, Bruzi Leszek, Wardziak Jacek, Banaś, Banasiak, Dyjak, Działoszyński, Erstling, Góra, Helwin, Klamka Jerzy, Kokociński, Korczak, Kościuszko, Krawczyk, Kubaszek, Łęcki, Maćkowski, Maćkowski Zbigniew, Miastowski, Migdałek, Mikołajczyk, Niciejewski, Oleszek, Pawlak, Sikora, Sobiech i Woźniakiewicz.
Mało nazwisk, ale myślę, że w przyszłości uda mi się odświeżyć bardziej pamięć, więc jeśli ktoś czuje się obrażony, niech mi wybaczy.
Swoją służbę zacząłem dość nietypowo, bo już w drugi dzień zostałem pisarzem u szefa służby czołgowo-samochodowej por. Krzysztofa Bąka. Oczywiście nie samotnie. Wtedy to wprowadzał mnie we wszystko wspaniały „dziadek” Julian Pietrasiak.
Rozkazy wyjazdów, rozliczanie paliwa i przejechanych kilometrów, i w ogóle wszystko, co dotyczyło samochodówki, a jednocześnie konspekty, plany itd. Jednak Julek szybko opuścił jednostkę i wyszedł do cywila za sprawą sytuacji rodzinnej. Wtedy zostałem sam i myślałem, że nie podołam, ale…
Po… przysiędze!
Z dnia na dzień było coraz lepiej. I tak do przysięgi. Po przysiędze, która odbyła się w Gryficach, wielu kolegów „rozjechało się” do innych jednostek, oczywiście WOPK: Mrzeżyno, Ustronie, Kołczewo, Dobra Szczecińska, Stargard Szczeciński i Świnoujście.
Pozostali i między innymi ja przemierzaliśmy szczecińskie drogi celem nabrania praktyki na Krazach. Okres od przyjścia do zakończenia szkolenia krazistów zleciał bardzo szybko i jednym słowem skończyło się przedszkole, a zaczęło wojsko.
Foto 2. Bomb. Janusz Chojnowski. Foto arch. J. Chojnowski.
Trafiłem z Markiem Turczyńskim (późniejszym kapralem) na III baterię, którą rządził major Kazimierz Węglarz. Akurat my z Markiem zostaliśmy przydzieleni do drużyny wozów specjalnych, którą to posiadał we władaniu plutonowy Kazimierz Klepacki (potem sierżant). Akurat pech chciał, że wszyscy, którzy byli w tej drużynie, pełnili dodatkowe funkcje: strażak, pomocnik szefa baterii, pisarz. Nieraz z tego tytułu wybuchały spory, ale w takim gronie jak my byliśmy, zawsze jeden krył drugiego.
Nasza bateria III była w sąsiedztwie plutonu transportowo-gospodarczego, z którego to chłopaki żyli z nami w wielkiej zgodzie i vice versa. Ciężko jest sobie przypomnieć wszystkich, ale tych, co pamiętam, spróbuję wymienić. Oczywiście większość nazwisk, imion, jak i stopni nie pamiętam, zwłaszcza że niektórzy z nich na pewno po moim wyjściu awansowali: Mjr Kazimierz Węglarz (d-ca baterii III), plut. Kazimierz Klepacki, sierż. Zdzisław Popławski, chor. Tomasz Olszewski i chor. Knap.
Wracam jeszcze do szkolenia krazistów. Szkolenie przebiegało w dość spokojnej atmosferze. Zostało nas niewielu, a jednak jazda tak dużymi autami była dla nas frajdą. Codziennie przejeżdżaliśmy dziesiątki kilometrów celem nabycia praktyki. Pamiętam, że najczęściej odwiedzanymi miejscowościami były Gryfino, Banie, Krajnik, Szczecin, Widuchowa i… Pniewo! No to ostatnie było nam zwłaszcza bliskie (piwo).
A naszym najczęstszym “Przewodnikiem stada” był sierż. Zbigniew Stańczyk. Chyba nie było wśród nas takiego, który by nie darzył sympatią naszego sierżanta. Jednym słowem, Złoty Człowiek. A jak już użyłem tego określenia, to miano Złotego Człowieka wśród kadry posiadali (według naszych kryteriów): mjr Blejsz, mjr Węglarz, por. Bąk, chor. Łańczak, sierż. Stańczyk i sierż. Klepacki.
Tak nam mijała sielanka jako kursantów, aż pewnego dnia nastąpił podział i raptem zostało nas 4. Oprócz mnie zostali: Waldek Piłat, Leszek Bruzi i Marek Turczyński. Waldek trafił na baterię II, Leszek na I, a my z Markiem na III techniczną.
Foto 3. Od lewej: bomb. Marek Turczyński, bomb. Janusz Chojnowski i bomb. Dariusz Koszela. Foto arch. J. Chojnowski.
Jeszcze dobrze się nie zadomowiliśmy, a tu przyszło nam jechać do Kołczewa, podpiąć się pod sprzęt rakietowy i tenże zaciągnąć do miejscowości Płoty. Oczywiście w Kołczewie spędziliśmy parę dni. Przygotowanie sprzętu do drogi przedłużało się nie wiadomo dlaczego. Nie obrażając nikogo, gdy po paru miesiącach porównałem sobie czasy tej “przeprowadzki”, to chyba nikt nie miał polotu do 39 dr OP. A była to zasługa nie tylko kadry, ale i żołnierzy służby zasadniczej. Warto w tym miejscu wspomnieć takich jak: mjr Aleksander Blejsz, por. Krzysztof Bąk, sierż. Zbigniew Stańczyk, sierż. Kazimierz Klepacki, kpt. Tadeusz Bugdal, mjr Kazimierz Węglarz, sierż. Piskorz, chor. Kochański, Marek Turczyński, Leszek Bruzi, Waldek Piłat, Paweł Wieczorek i Paweł Olszewik.
Po Płotach był Słupsk i tu na lotnisku spędziłem trochę czasu, zwłaszcza że najpierw byłem tam z Kobylanką (38 dr OP Stargard Szczeciński), a potem z własną jednostką. No nie powiem, ale pobyt z jednostką macierzystą nie był dla mnie zbyt udany. Wtedy to, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłem z bliska coś, co się nazywało MIG 23.
My jako kierowcy nie mieliśmy bezpośrednich zajęć na sprzęcie, w związku z tym pełniliśmy służby podoficerów, wartownicze, PKT, kuchnia, itp.
Gdzieś koło kwietnia wróciłem do jednostki. Zaczęły się normalne zajęcia, gonitwa, paniki, chociaż… No właśnie, jakoś mnie to prawie wszystko omijało: raz, że byłem pisarzem u por. Bąka, dwa, że pełniłem służby PKT (136 służb), a sprawa trzecia, że gdy moje dziadki zwąchały, że drzemie we mnie jako taki talent, zająłem się nie sprzątaniem baterii, ale właśnie produkcją chust, kalendarzyków i fal, że wspomnę o pisaniu setek widokówek z okazji świąt, urodzin, imienin itd.
Produkcją akcesoriów dla rezerwy i nie tylko (robiłem też dla swojej fali) zajmowałem się do końca służby, więc czas leciał jak szalony, a jednocześnie byłem nadal pisarzem no i kierowcą.
Po powrocie z wyjazdów poligonowych dostałem „Wzorowego Żołnierza” i „Wzorowego Kierowcę”. Oczywiście dla wielu byłem tzw. Plusiarzem, ale ja po prostu robiłem swoje.
Foto 4. Bomb. Janusz Chojnowski. Foto arch. J. Chojnowski.
Dwa razy udało mi się pojechać do Głowna celem zaprowadzenia sprzętu do remontu. No to dopiero była laba: 5 dni jazdy w kolejowym wagonie towarowym, Krazy na wagonach, giwera na plecach i spacer po Łodzi, na tamte czasy to zalatywało lekką sensacją. Takich samochodów nie spotykało się na co dzień na polskich drogach.
Pamiętam, że jechaliśmy z Pawłem Wieczorkiem i z sierż. Popławskim. 5 dni w jednym wagonie na pełnym luzie, więc żeby zabić lekko nudę, sierżant rysował na ścianach wagonu, oczywiście wewnętrznych, nasze karykatury, a robił to naprawdę wspaniale (niesamowity talent). Pewnego dnia, jak weszli pracownicy PKP i zobaczyli narysowaną panienkę, to macali ścianę, czy aby na pewno to tylko rysunek. A tak w ogóle to najbardziej lubianymi na baterii, jeżeli chodzi o tzw. “luz”, to byli: chor. Andrzej Łańczak, sierż. Zdzisław Popławski no i mój dowódca drużyny sierż. Kazimierz Klepacki. Natomiast też lubianym, ale nieraz ostrym, był chor. Tomasz Olszewski. Jego lubiliśmy za zdecydowane decyzje. Jak miał kogoś opierdzielić, to robił to szybko, zdecydowanie i nie patrzył, czy ktoś słucha z boku, czy nie. I za to go właśnie lubiliśmy. Jeżeli chodzi o antypatie, to przemilczę te nazwiska, bo myślę, że czas koi rany, więc…..
Foto 5. Bomb. Janusz Chojnowski. Foto arch. J. Chojnowski.
Pamiętam, że jeszcze jako „kot” jechałem Krazem siodłowym na strefę celem wyprowadzenia naczepy PS-6R z rakietami na zewnątrz magazynów nr 7. Była zima, ślisko, a ja chciałem sprawdzić jazdę w warunkach ekstremalnych, no i wylądowałem w rowie. Jakoś dość szybko przyjechał Waldek Piłat swoim Krazem i mnie wyciągnął, ale… no właśnie, nie uszło to uwadze chor. Olszewskiego. Ach, co to się działo. Oczywiście dostałem taki opierdziel, że przez dwa tygodnie uszy mi puchły. Dobrze, że nikogo nie potrąciłem, bo zahamować nie było żadnych szans. Podobnych przypadków oczywiście było wiele, ale nie o wszystkich kadra wiedziała.
Muszę tu wrócić do szefostwa samochodowego. Oczywiście wszyscy kierowcy naszej jednostki bardzo sobie cenili mjr. Aleksandra Blejsza, por. Krzysztofa Bąka i sierż. Zbigniewa Stańczyka. Zresztą, byli to ludzie tak wspaniali, że do dzisiaj jak spotkam się na ulicy z Markiem, to bardzo ciepło ich wspominamy. Oczywiście pamiętamy również o „naszym” sierż. Klepackim. Pamiętam, że mjr Blejsz, jako jedyny z szefów jednostki, nigdy nas nie opieprzał, a jak coś było nie tak, to tłumaczył setki razy, aż człowiek zrozumiał, ale robił to spokojnie i bez nerwów. O mjr. Blejszu wtedy mówiliśmy „nasz kochany Oluś”.
Och, gdyby oni wiedzieli wtedy, co nieraz się działo po południu, to chyba do domu by nie pojechali nigdy. Ale nawet jak coś się wydarzyło, to rano nie było już śladu wydarzenia. A działo się nieraz, oj działo. Jak chłopaki szykowali wóz strażacki, bo na drugi dzień był wyjazd na zawody, to ja, cofając Krazem, uderzyłem im w bok przyczepki. No i co? Rano – sprzęt jak nowy. Nie powiem, że strachu się najadłem, ale potem miło się to wspominało.
Jak wcześniej wspomniałem, miałem służby na PKT. Dla niewtajemniczonych w służbę wojskową tłumaczę, że skrót ten oznacza Punkt Kontroli Technicznej. Dobra to była służba, bo to i w pomieszczeniu, ciepło, radio, gazety, zero stresu. Rano meldunek dla mjr. Blejsza albo por. Bąka, wieczorem spacer po parku samochodowym i meldunek do oficera dyżurnego jednostki, a poza tym pełny luz. Owszem, jak któryś zalazł za skórę, to się go temperowało, ale ogólnie było fajnie.
Jak już wcześniej pisałem, zaliczyłem poligon w Słupsku na lotnisku. Bardzo fajne wrażenia i laba. Było to doroczne zgrupowanie poligonowe, na którym dywizjony rakietowe ćwiczyły zwalczanie celów powietrznych na małych wysokościach.
Foto 6. Kierowcy na antenie stacji naprowadzania rakiet (SNR)? Czemu nie. Foto arch. J. Chojnowski.
Chłopaki na sprzęcie mieli zajęcia, a kierowcy albo ściemnianie w parku samochodowym, oczywiście polowym, albo pełnili służby. Ja osobiście miałem parę służb na PKT, jedną jako podoficer dyżurny i raz na warcie. Z tą wartą to też o mały włos nie wylądowałbym do raportu (oby tylko). Cały dzień patrzyliśmy, jak samoloty startowały i lądowały, a potem biegiem, bo to przecież trzeba zdążyć na odprawę wart i służb. Człowiek zmęczony tymi dziennymi wrażeniami, więc w nocy, zamiast pilnować dobytku jednostki w postaci namiotów i sprzętu, położyłem się na siatkach maskujących obok ESD-100 (elektrownia polowa) i usnąłem. Dobrze, że w nocy wzięło ich na latanie, bo przespałbym rozprowadzenie wart. Ale i tak rano na apelu wybuchła afera, gdzie był wartownik z 39 dr OP! Ponoć dowódca przeszedł się po posterunkach. A co by było, jakby tak usłyszał chrapanie albo jadący samochód przejechałby po tych siatkach. Dziś patrząc na to, włos się na głowie jeży, ale wtedy to było nieważne, byle tylko przyłożyć gdzieś głowę i lulu. Na moje usprawiedliwienie powiem, że miałem wartę tylko jeden raz i więcej taka sytuacja nie miała miejsca.
Po powrocie do jednostki wróciłem do normalnych zajęć i temat zajęć poligonowych odchodził na dalszy plan. Dla nas była to już historia, a żyliśmy codziennością jednostkową.
Foto 7. Jak na SNR to czemu nie na wyrzutni rakiet? Foto arch. J. Chojnowski.
Sprzęt parę dni był ustawiany na strefie, natomiast ja z powodu urlopu pisarza bateryjnego, na tydzień przeniosłem się do kancelarii mojego dowódcy baterii mjr. Węglarza celem gryzmolenia rozkazów dziennych i innych spraw. Jakoś na drugi dzień po powrocie z poligonu, do kancelarii wszedł (odpowiednim określeniem byłoby „wleciał”) dowódca I baterii kpt. Bugdal. Oczywiście podniesionym głosem zapytał się, czy to ja byłem kierowcą Kraza UAK-0616. No rad nie rad przyznałem się do tego, zresztą, jakie miałem wyjście, a w głowie sto tysięcy myśli, co się stało? Ten dialog wyglądał mniej więcej tak:
- Czy to wy, żołnierzu, prowadziliście Kraza UAK-016?
- Tak, obywatelu kapitanie.
- A siatki maskujące to na waszym Krazie były załadowane?
- Tak jest (a w myślach – o co chodzi).
Wtedy kapitan Bugdal, zwracając się do mjr. Węglarza, użył takich słów:
- Wnioskuję, panie majorze, o 5 dni urlopu nagrodowego dla tego żołnierza za wzorową jazdę oraz za to, że wyjechał z jednostki z trzema siatkami, a wrócił z czterema.
Ot przez przypadek musiałem pomyłkowo załadować o jedną siatkę maskującą więcej i ktoś na tym stracił, a my zyskaliśmy. Ale jak to wtedy mówiliśmy, że w wojsku nic nie ginie, a co najwyżej zmienia właściciela.
Foto 8. Kadra 39 dr OP. W pierwszym rzędzie trzeci od lewej por. Krzysztof Bąk – szef służby samochodowej, obok ppłk Zygmunt Gaik – dowódca dywizjonu. Trzeci od prawej mjr Aleksander Blejsz – z-ca dowódcy ds. technicznych, za nim mjr Kazimierz Węglarz – dowódca baterii technicznej. Foto: Arch. Janusz Chojnowski.
A tak nawiasem mówiąc, ta raz na jakiś czas odbywał się apel mundurowy. Patrząc na to z perspektywy dnia dzisiejszego, wielka bzdura, ale wtedy to była wielka panika. Nasz szef baterii, chor. Kawicki, bardzo dokładnie i skrupulatnie sprawdzał nasze wyposażenie i tu nie było litości. Nie można powiedzieć, nasz szef był pedantem i na punkcie wyposażenia, jak i czystości, ładu i porządku, miał prawdziwego fioła. Za braki oczywiście żołnierz był obciążany finansowo. W plecakach wszystko równiutko, a nie daj, Boże, żeby znajdowała się tam rzecz nie będąca na wyposażeniu. Jednym słowem, masakra.
Często szef przeprowadzał sobie kontrole na baterii. Począwszy od toalety, przez palarnie, szatnię, aż do naszych sal. Jeśli znalazł, choć jeden włos na mydle albo krzywo ułożone rzeczy w szafce, potrafił dać nam popalić. Wtedy nas to doprowadzało do wściekłości i gdyby on wiedział, jakie epitety szły w jego stronę… A dziś w pewnym stopniu zadowolony jestem, że tak postępował, bo dzięki temu wlazło mi to w głowę i ten porządek wojskowy zaprowadziłem w domu. Oczywiście, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem jakimś tyranem. Po prostu porządek ma być. Tak, tak, wojsko to wspaniała szkoła życia, oczywiście myślę o starym systemie, bo to, co słyszałem o współczesnej armii, to już nie jest to samo.
Foto 9. Od lewej: Paweł Wieczorek “Termos”, Janusz Chojnowski “Mysz”, Tadeusz Feliciak “Felix”, Ryszard Wróbel “Gołąb”, Marek Turczyński “Turek”, Marian Kukułka “Fruwajka”, Tomasz Roszak, Krzysztof Nowak “Bolący”. Foto arch. J. Chojnowski.
Zgrupowanie poligonowe na lotnisku w Płotach.
Pierwszy dłuższy pobyt poza jednostką macierzystą przyszło mi odbyć w lutym 1986 r. Wtedy to z jednostki w Kołczewie „ciągnęliśmy” sprzęt na tajne lotnisko w Płotach.
Jednostki z Kołczewa, Ustronia Morskiego, Dąbek i Łunowa brały udział w zgrupowaniu poligonowym w rejonie lotniska w Płotach. Celem zgrupowania było przygotowanie obsług bojowych do mających nastąpić w maju tego roku strzelań bojowych na poligonie w Aszułuku (w byłym ZSRR).
Jednostka z Kołczewa nie posiadała 100% własnych środków ciągu do przeprowadzenia manewru sprzętem bojowym. Jednostki niebiorące udziału w zgrupowaniu poligonowym wysyłały, w ramach wsparcia, brakujące ciągniki, w tym i moja jednostka.
Jak zaznaczyłem na początku, był luty, a więc miesiąc zimowy, mroźny i śnieżny. Po przyjeździe na miejsce i ustawieniu sprzętu rozpoczęliśmy zagospodarowanie w namiotach. Zimno było jak diabli, dlatego pierwsze dni spaliśmy mało, że w umundurowaniu polowym, to jeszcze w panterkach, czapkach i… butach. Tak, tak, temperatura rzędu –15 –20°C raczej nie nastraja do rozbierania się przed snem. Po jakichś czterech, może pięciu dniach, dostaliśmy do namiotów piecyki tzw. „kozy” z zastrzeżeniem, że w nocy musi być osoba dyżurująca przy polowym grzejniku. Sytuacja i nasze humory poprawiły się od razu i pomimo nieprzespanych nocy człowiek się cieszył, że po dniu przebytym na mrozie można było się ogrzać w zaciszu ciepłego namiotu.
Bardzo często w nocy mieliśmy kontrole strażaka wraz z podoficerem, którzy to sprawdzali, czy osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo przy piecu czasami nie usnęła.
Najgorsze było mycie. Wody nie było cały czas, tylko w określonych godzinach, bo wiadomo, co by się nią stało w takie mrozy. A więc np. wieczorem woda była około 30 minut i trzeba było się spieszyć. No a już całkowicie trzeba było sobie z głowy wybić wodę ciepłą. Fakt faktem, że do golenia brało się wodę grzaną na piecyku w menażce. Prawdziwą frajdą była sobota, kiedy to była kąpiel – w pomieszczeniu ogrzewanym i z ciepłą wodą.
Ktoś, kto czegoś takiego nie przeżył, nigdy nie będzie wiedział, jak miłe są wspomnienia takich wydarzeń po 20 i więcej latach.
Czas płynął szybko i nawet zaczęło się robić cieplej. Coraz częściej „szwendaliśmy” się po okolicy i zaglądaliśmy w każdy zakamarek. W chwili obecnej podejrzewam, że lotnisko nie jest już tajne i ukryte, ale w tamtych latach to aż czuć było powiew tajemniczości, zakazów i ukryć. A jeżeli czegoś się zabrania, to jakoś człowieka strasznie kusi, aby ten zakaz złamać. Dlatego prawie każdy wolny czas wykorzystywaliśmy na „zwiedzaniu” lotniska i przyległych terenów, nie mówiąc już o tym, że raz wybraliśmy się do pobliskiej wioski na zabawę taneczną. Oczywiście nielegalnie, czyli była to tzw. „samowolka”.
Była to moja pierwsza i ostatnia wizyta na tym lotnisku. Następnym, na którym byłem, to Słupsk, czy jak kto woli Rędzikowo.
Chciałbym w tym miejscu wyjaśnić niewtajemniczonym, że nasz pobyt na poligonie był całkiem inny niż np. w wojskach lądowych. Przynajmniej naszym zadaniem, czyli kierowców, było bezpieczne dowiezienie sprzętu do miejsca poligonu (najczęściej lotnisko) i już. W trakcie ćwiczeń my zajmowaliśmy się bieżącymi naprawami pojazdów oraz pełniliśmy służby albo… nie robiliśmy nic.
Pobyt w Stargardzie Szczecińskim (Kobylance).
Za bardzo nie pamiętam już daty, ale w 1986 roku przyszło nam – kierowcom „zamieszkać” na jakiś czas w JW Stargard Szczeciński, czy jak kto woli w Kobylance. Jednostka bardzo fajnie położona z pięknym widokiem na jezioro Miedwie.
