Home - strona główna WRiA.PL – “Wspomnienia ...”. Braniewo, 19 marca 2017 r.
Ostatnia aktualizacja danych: 21.03.2017 r.
 
 
 
 

płk dypl. Stanisław Dębniak


Moja droga z Kazachstanu do Polski



  Płk dypl. Stanisław Marian Dębniak:  
płk Stanisław Dębniak

Oficer Wojsk OPL i Wojsk OPK. Urodził się 15 maja 1925 roku w Baranowiczach. W roku 1941 został wywieziony wraz z rodziną na Syberię do Krasnojarskiego Kraju. Rodzice byli nauczycielami.

Wstąpił do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Przydzielono go do 1 Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej. Uczestnik walk w Darnicy w kwietniu 1944 r. Ukończył Oficerską Szkołę Artylerii Przeciwlotniczej w Gorkim w 1944 r. Brał udział w wyzwalaniu Warszawy, Bydgoszczy, Gryfic, Kołobrzegu. Podczas forsowania Odry został ranny, a swój szlak bojowy zakończył w Berlinie.

Po wojnie pełnił służbę na stanowiskach dowódczych w OSAPlot w Koszalinie oraz zajmował odpowiedzialne stanowiska w Wojskach OPK. Między innymi, od stycznia 1955 r. kierował Dowództwem Artylerii OP Obszaru Kraju w ramach Dowództwa WL i OPL Obszaru Kraju. Od 1957 roku był szefem Artylerii OPL OK w 1 KOPL OK. Był długoletnim szefem Wojsk OPL WOW (1968-1985). Absolwent Akademii Sztabu Generalnego z 1963 r.

Kawaler Srebrnego Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski.

W stan spoczynku przeszedł w czerwcu 1986 roku.
 


1. W Sielcach nad Oką

Jedni nazywają to przeznaczeniem inni szczęśliwym zbiegiem okoliczności, który zadecydował o moim losie w wyniku czego znalazłem się w szeregach Pierwszej Dywizji Piechoty imienia Tadeusza KOŚCIUSZKI na terenie Związku Radzieckiego a dokładniej w Pierwszym dywizjonie artylerii przeciwlotniczej.

Losy zawieruchy wojennej rzuciły mnie wraz z rodziną w głąb Związku Radzieckiego. Po wielkich tarapatach i wojażach znaleźliśmy się na terenie Kazachstanu a dokładniej w okolicach Akmoleńska - miejscowość Adbasar. Tam pracowałem w charakterze robotnika kolejowego na zelaznoj dorogie Kartały - Magnitogorsk. Była to bardzo ważna magistrala Kolejowa. Budowa jej rozpoczęła się tuż przed wojną, służyła ona do zaopatrywania magbitogorskich kuźni w kartański węgiel. Tam też wstąpiłem w szeregi Pierwszej Dywizji Piechoty imienia Tadeusza KOŚIUSZKI organizowanej w obozie sieleckim.

Pierwszym etapem mojej drogi do kraju była Rejonowa Komisja Poborowa, gdzie po formalnościach papierkowych poddani byliśmy tzw. “obrabotce” innymi słowami nieskomplikowanemu zabiegowi oczyszczania. Ciekawa była ta “sanobrabotka”. Po pierwsze wykonywały ją dziewczęta, a po drugie kazano nam się rozebrać na Adama i poddać kompletnemu strzyżeniu na zero. Skończyło się to wszystko łaźnią na zimno, ponieważ kocioł do grzania wody był w remoncie. Całe szczęście, że to było lato i Kazachstan - mam na myśli wysokie temperatury jakie mają tu miejsce w okresie lata.

Wieczorem wręczono nam przejazdowe dokumenty, kartki na wyżywienie i ruszyliśmy w drogę.

Podróż trwała około dwóch tygodni. Warunki w jakich odbywała się podróż na ówczesne czasy, były niżej średnich. Jechaliśmy w wagonach towarowych przystosowanych do przewozu ludzi poprzez wbudowanie dwóch prycz z jednej i drugiej strony wagonu. Z początku było dość twardo mimo, że deski nie byty dębowe, ale gdy przejeżdżaliśmy przez Ural pociąg wspinał się na wysokie zbocza górskie tak powoli, że zdołaliśmy się zaopatrzyć w siano, które ustawiane było w maleńkich kopcach wzdłuż linii kolejowej i zrobić sobie z niego wygodne posłanie. Do naszego wagonu na większych stacjach dołączali się wciąż nowi poborowi do Pierwszej Dywizji.

Do Diwowa przyjechaliśmy późnym rankiem. Z zaciekawieniem oglądaliśmy zniszczoną stację i pusty peron. Na nas oczekiwał podoficer z paroma żołnierzami. Gdy zobaczyłem zieloną rogatywkę z orłem ogarnęło mnie tak wielkie wzruszenie, że z trudem hamowałem cisnące się łzy. To pierwsze zetknięcie z polskim wojskiem w polskich mundurach, było dla mnie wielkim przeżyciem. Nie czułem zmęczenia i głodu, byłem dumny, że i ja będę do nich należał.

Uformowano nas w kolumnę czwórkową i pomaszerowaliśmy w takt piosenki “Wygnała Kasia wołki” do obozu. Przyprowadzono nas pod jakiś drewniany budynek, gdzie domyśliliśmy się, że to musi być sztab. Za budynkiem znajdowało się kilka baraków i wojskowe namioty. Tam właśnie pod drzewami ustawiony był długi stół, przy którym siedziała grupka oficerów. Na stole leżało masę różnych papierów i teczek. Tu kazano nam czekać na swoją kolejkę. Podoficer, który nas przyprowadził podszedł do tego stołu, zasalutował, coś tam długo meldował i składał jakieś dokumenty. Na dość długiej przestrzeni wokół stołu między rzadko rosnącymi sosnami stały grupki przybyłych “nowobrańców” (bo tak nas nazywano), którzy prowadzili ożywione rozmowy. Co pewien czas wyczytywano czyjeś nazwisko, po czym wywołany podchodził do stołu komisji przydziałowej, gdzie po krótkiej rozmowie naznaczano go do którejś z jednostek.

W tym czasie między poszczególnymi grupami poborowych kręciło się wielu podoficerów i żołnierzy zajmujących się werbunkiem do swoich pododdziałów. Wyszukiwali oni poborowych z wykształceniem, dobrze zbudowanych i zdrowych. Ci wszyscy którzy mieli małe matury lub chodzili do gimnazjum byli bardzo przez nich cenieni. Najbardziej aktywny werbunek prowadzony był do łączności i do saperów. Pamiętam niezbite ich dowody, którymi starano się nas przekonać “bracie u nas dopiero będziesz miał życie, będziesz siedział w ciepłej ziemiance i pilnował telefonu”. Argument jak widać był skuteczny, gdyż między innymi pierwszy zdecydował się “nasz Antoś” na wstąpienie do łączności. Jego pierwszego do stołu wezwała komisja. Nie wiem jak jego mocodawcy z łączności załatwili, ale faktem się stało, że dostał skierowanie do kompanii łączności. Antoś serdecznie pożegnał się z nami i z bijącym sercem poszedł do swojego pododdziału.

Zostaliśmy we dwóch z Michałem Charkiewiczem czekając na swoją kolejkę. Ja nie wiem czemu zdecydowany byłem do artylerii przeciwlotniczej mimo, że nie było podoficerów ani żołnierzy werbujących do tej broni. Gorąco namawiałem Michała ale do ostatniej chwili nie był zdecydowany. Było już daleko po południu, gdy wreszcie przyszła kolej na mnie. Z bijącym sercem podszedłem do stołu komisji. Stół przykryty był kocami, a oficerowie siedzieli wokół na taboretach. W środku siedział major, czy podpułkownik, który rozmawiał ze mną łamaną polszczyzną. Sprawdził moje personalia, tzn.: imię, nazwisko, rok urodzenia, miejsce urodzenia, wykształcenie, adres rodziny. Po tym wstępie zapytał mnie “do jakiej broni chcę iść”. Odpowiedziałem, że “do artylerii przeciwlotniczej”. Zapytał mnie czy służyłem przed wojną w artylerii przeciwlotniczej, odpowiedziałem przecząco, miałem dopiero 18 lat i wojsku nie zdążyłem służyć. Następnie spytano mnie dlaczego chcę do artylerii przeciwlotniczej, tu nie mogłem jakoś znaleźć żadnych argumentów. Zapadła decyzja “Brygada Artylerii”. Zmartwiony tą decyzją byłem strasznie, nie miałem pojęcia co to za oddział. Zaraz po mnie wezwano do komisji Charkiewicza. Dostał przydział do pierwszego palu. Tak los, za pośrednictwem komisji do podziału poborowych, rozdzielił nas do różnych oddziałów.

Do brygady artylerii była wyznaczona dość liczna grupa poborowych. Dwudziestu, może trzydziestu. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy uszykowano nas w dwuszereg i odprowadzono w głąb lasu. Byliśmy ostatnią grupą, która opuściła rejon sztabu Pierwszej Dywizji - miejsce pracy pierwszej komisji poborowych.

Prowadził nas podoficer i dwóch żołnierzy. Z maszerujących ze mną kolegów nie znałem nikogo i nawet nie mogłem odnaleźć nikogo z wagonu, którym przyjechaliśmy do Diwowa. Maszerowaliśmy dość długo, było już ciemno gdy zatrzymano naszą grupę przed budynkiem którego widać zaledwie było tylko kontury. Byłem głodny, zmęczony i tak zniechęcony, że było mi już wszystko jedno byle prędzej skończyć ten beznadziejny marsz.

Do naszej grupy podeszło kilku oficerów, jednemu z nich złożono raport. Po przyjęciu meldunku oficer ten powiadomił nas, że zostaliśmy przydzieleni do brygady artylerii i tu mieści się jej sztab. Następnie kazano nam zaczekać, a oficerowie wraz z naszym kapralem weszli do budynku sztabu. Jak później dowiedziałem się brygada artylerii składała się z pięciu dywizjonów: dwóch dywizjonów artylerii ciężkiej, dywizjonu moździerzy, przeciwpancernego i dywizjonu przeciwlotniczego. Długo trwały te narady w sztabie, a może mi się tylko tak wydawało ponieważ zdążyłem się zdrzemnąć pod sosną.

Wreszcie skończyła się narada i grupa oficerów i podoficerów wyszła przed sztab. Ustawiliśmy się ponownie w dwuszeregu, przyniesiono lampę i zaczęto dzielić nas do poszczególnych dywizjonów. Wyczytano trzy nazwiska, między którymi było i moje przydział - dywizjon artylerii przeciwpancernej. Dla mnie było to wielkim rozczarowaniem, byłem zgnębiony całkowicie, zmęczenie i głód jeszcze bardziej potęgował. Trudno stało się i odwrotu już nie było.

Trójkę naszą poprowadził do sztabu dywizjonu przeciwpancernego jeden z żołnierzy stojących przed sztabem brygady. Pamiętam tylko dobrze z tego nocnego “ostatniego etapu” Janka Suchockiego, ponieważ dalej pełniliśmy służbę w jednej baterii. Janek był bardzo wysoki, ponad dwa metry i był nadzwyczaj silny. Miał tak dużą rękę, że przy powitaniu miało się wrażenie że dłoń ściskają kleszcze olbrzyma. Później gdy byliśmy już w baterii żołnierzami Suchocki otrzymywał całodzienne podwójne porcje i wcale to nie było jemu za dużo.

Sztab dywizjonu przeciwpancernego mieścił się w wiosce Sielce, dokąd nas poprowadził żołnierz. Tu dopiero zaczęły się kłopoty. Głęboka, głucha noc, wieś uśpiona, a nasz opiekun nie wie dokąd nas prowadzić. Zbudzeni ludzie odpowiadają, że nie wiedzą, a oficerowie będący na kwaterach strofują i wymyślają nam za włóczenie się po nocy i zakłócanie spokoju.

Tak wędrując od domu do domu, natrafiliśmy na pomieszczenie w którym paliło się światło. Weszliśmy tam razem z żołnierzem, który nas prowadził. W długachnym pomieszczeniu było duszno, tylko kopciłka wykonana z łuski od pocisku nędznym światłem rozpraszała mrok. Przy stole siedział wysoki mężczyzna w wojskowym mundurze - dość przystojny. Zapytał nas w jakiej sprawie myśmy tutaj przyszli. Opiekun nasz zameldował, że prowadzi trzech poborowych do dywizjonu przeciwpancernego i nie może tam trafić. Po meldunku wojskowy z za stołu wstał i wtedy zobaczyłem, że to oficer w stopniu porucznika. Miał na sobie drelichowy mundur zapięty pod szyję. Na brzuchu wisiał mu pistolet, z drugiej strony nóż fiński z czarną rączką, a z boku zwieszał się skórzany mapnik. Jak później się wyjaśniło był to szef sztabu dywizjonu artylerii przeciwlotniczej porucznik Kazimierz WITKOWSKI.

Porucznik spojrzał najpierw na Suchockiego, później na nas, mruknął coś pod nosem i powiedział - Jakich chłopów do ppancu? Podszedł do stołu i długo wypytywał kogoś przez telefon. Na wahadłowym zegarze wybiła już północ, kiedy skończył rozmowę i zwrócił się do nas zupełnie dobrą polszczyzną: - No dobrze chłopcy zostaniecie u nas w pierwszym samodzielnym dywizjonie artylerii przeciwlotniczej, jest to broń w której zaszczytem jest służyć.

Ja już więcej nic nie słyszałem, radość rozpierała mą pierś, nie chciało mi się ani spać ani jeść, jestem w artylerii przeciwlotniczej. Słowa porucznika dźwięczały mi wciąż w uszach. Trzeba przyznać ,że przysłowie “nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło” zupełności się potwierdziło. I tak dzięki szczęśliwemu przypadkowi związałem swój los z bronią, którą wybrałem będąc jeszcze rekrutem.

Pierwszy samodzielny dywizjon artylerii przeciwlotniczej do którego otrzymałem przydział został sformowany rozkazem nr 43 z dn. 7 lipca 1943 roku na bazie pułku artylerii lekkiej 1 Dywizji im. Tadeusza KOŚCIUSZKI. Z dniem 15 sierpnia, tj. z momentem organizowania brygady artylerii im. Gen. Józefa Bema dywizjon czasowo wszedł w skład brygady.

Po wygłoszeniu sakramentalnego przemówienia, w ów nie kończący się wieczór mojego pierwszego dnia w Sielcach por. Witkowski wezwał telefonicznie szefa starszego ogniomistrza Kruszynę i dalsze nasze losy oddał w jego ręce. Ręce te od pierwszej chwili zabrały się do szybkiego zrobienia z nas wojaków. Ogniomistrz miał wygląd typowego szefa. W miarę tęgi, rumiany, średniego wzrostu o donośnym głosie. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydawał się groźny, w gruncie rzeczy był to bardzo troskliwy i dobry człowiek.

Po otrzymaniu od porucznika Witkowskiego rozkazu o przydzieleniu do pierwszej baterii ogniomistrz Kruszyna zabrał i poprowadził nas do baterii.

Po dwudziestominutowym marszu doszliśmy do namiotów baterii. Szef rozmawiał z nami krótko ale przyjemnie.

-To tutaj apartamenta pierwszej - powiedział wskazując na szereg równo ustawionych namiotów, następnie zapytał się, a raczej stwierdził - Macie wszy! - odpowiedzieliśmy przecząco. Tu dopiero dowiedzieliśmy się, że mamy wszy i że z szefem nie należy dyskutować. Abyśmy nie zanieczyścili baterii wskazał nam miejsce między namiotami, na którym mieliśmy się do rana przespać. Trudno było zasnąć tej nocy, tyle ostatnio przeżytych wrażeń kotłowało się w głowie, trzeba to było jakoś przemyśleć i ocenić swoją sytuację, trzeba było nastawić się na niewiadomą dnia jutrzejszego. Zaczęło już dobrze świtać gdy zmorzył mnie sen.

Od wczesnego ranka szef zajął się nami. Zaprowadził do magazynu mundurowego, gdzie otrzymaliśmy sorty mundurowe. Następnie mieliśmy iść do łaźni. Z łaźni jednak nic nie wyszło, bo podobno w tym dniu nie była czynna, czy wody nie było nikt nie mógł wyjaśnić. Ograniczyliśmy się do generalnego mycia przy pomocy wiadra i zimnej wody.

Do baterii przyzwyczaiłem się bardzo szybko. Przydzielono mnie do drugiego działonu którym dowodził kapral Przybysz. Suchocki był przydzielony do trzeciego działonu. Podoficerów w baterii było bardzo mało, tylko dwóch - szef baterii i mój dowódca działa. Pozostałymi działonami dowodzili żołnierze lub kanonierzy. Nikt z dowódców dział sprzętu baterii nie znał bo byli to przeważnie młodzi ludzie, którzy pierwsze kroki swojej żołnierskiej kariery stawiali w oddziałach 1. Dywizji lub nawet w 1. sdaplot. Kruszyna i Przybysz służyli w wojsku przed wojną ale nie w artylerii przeciwlotniczej. Również oficerowie, których w tym czasie zastałem w baterii nie znali budowy, ani obsługi naszych dział.

Kapral Przybysz pokazał mi jak się ładuje i rozładowuje karabin, Lecz zabronił mi strzelać, a szczególnie surowo nakazał, żebym go w nocy poznał gdy będzie kontrolował.

Była to warta przy sprzęcie naszej baterii, a wystawiona przez poszczególne baterie przy armatach. Pełniona była od zmierzchu do pobudki przez dwóch wyznaczonych żołnierzy. Stało się w nocy po 4 - 5 godzin jednorazowo.

Porządek dnia w dywizjonie wyglądał następująco: o godz. 6.00 pobudka, gimnastyka, mycie, śniadanie, prasówka, zajęcia do obiadu, obiad, przerwa obiadowa, znów zajęcia, czyszczenie broni, kolacja, czas wolny, apel wieczorny, no i spać.

Trzeba przyznać, że porządek dnia był opracowany i przestrzegany w ten sposób, że nudzić się nie było kiedy. Przy czym na każdym kroku była stosowana zasada dowódcy dywizjonu - “przeciwlotnik musi być szybszy od samolotu”, która powodowała, że niektóre czynności wykonywaliśmy jak automaty.

Jadaliśmy w kuchniach polowych rozmieszczonych na świeżym powietrzu. Później mieliśmy dopiero swoją ziemiankę - stołówkę. Na każdy posiłek gotowane były zupy. Obiad składał się z dwóch dań. Chleb i cukier dawano rano od razu na cały dzień. Również gdy na obiad były konserwy, dawano całe puszki do podziału na 10 - 20 osób, zależnie od ilości i objętości konserw. W okresie letnim karmiono nas bardzo dobrze, ale po odejściu 1. Dywizji bardzo popsuło się jedzenie. Odczuwało się to po obiedzie czy kolacji, że coś by się zjadło. Strudzeni po pracowitym dniu leżeliśmy na pryczach i myśleliśmy o jedzeniu. Przypominały się najwybredniejsze potrawy i ich obraz i smak towarzyszył nam jeszcze w sennych marzeniach przez całą noc.

Największa uwaga w dywizjonie była zwrócona na szkolenie. Najwięcej godzin wyszkolenia bojowego przewidziane było na opis sprzętu i działoczyny. Wszystkie zajęcia odbywały się przy sprzęcie. Oprócz wymienionych przedmiotów pamiętam jeszcze takie jak: taktyka, topografia, wyszkolenie saperskie, wyszkolenie chemiczne, musztra piesza i bardzo mało regulaminów.

Sprzęt otrzymaliśmy gdzieś w sierpniu. Jak już wspomniałem przeszkolonych podoficerów ani też, instruktorów, dywizjon nie posiadał i nigdzie poza dywizjonem takowych się nie szkoliło. Jak również własnej szkoły podoficerskiej w dywizjonie nie było. Podoficerów i instruktorów wybierało się spośród lepszych żołnierzy baterii. Pamiętam, że każdorazowo dowódcy działonów, bo oni byli instruktorami, wzywani byli do porucznika Rekucia na instruktaż do zajęć na następny dzień.

Bardzo dużo zajęć z taktyki poświęconych było rozpoznaniu, tzn. uczono nas sposobów wykrywania celów powietrznych przy pomocy wzroku, jak również za pomocą przyrządów optycznych. Nauka sylwetek samolotów była jednym z ciekawszych zajęć. Zajęcia te przeprowadzał przeważnie starszy zwiadowca drużyny dowodzenia baterii. Przyznać muszę, że sylwetki samolotów znaliśmy wyśmienicie, jeszcze do dzisiejszego dnia gdy wyciągnę cieniutką książeczkę “Pamiatnik razwiedczyka” prawie bez błędu powiem jaką sylwetkę przedstawia rysunek.

Pierwszy wyjazd taktyczny był związany z załadowaniem i odjazdem 1. Dywizji na front. Przygotowywaliśmy się do niego parę dni. Na dzień przed wjazdem dowódca dywizjonu z szefem sztabu, oficerem rozpoznania i dowódcami baterii udali się na rozpoznanie i wybór stanowisk ogniowych. Nazywało się to wtedy, że wyjeżdżamy “na toczki” (na punkty). Dywizjon miał wykonać następujące zadanie bojowe: “Osłonić przemarsz 1. DP im. T. Kościuszki przez most pontonowy na rzece Oka i osłonić stację załadowczą Diwowo”. W tym celu pierwsza bateria ugrupowana została w rejonie mostu na rzece Oka, a druga i trzecia bateria zajęła stanowiska ogniowe w osłonie stacji Diwowo.

W ostatnich dniach sierpnia (nie pamiętam którego dnia) przyjechały Studebackery na nasz plac ćwiczeń, gdzie załadowaliśmy sprzęt, osobiste rzeczy, doczepiliśmy działa, a następnie pod dowództwem podporucznika Rekucia pojechaliśmy w rejon stanowiska ogniowego. Po zajęciu stanowiska ogniowego przygotowaliśmy sprzęt “do boju”, załadowaliśmy działa i pozostawiając dyżurnych przy każdym dziale, oraz dyżurnego zwiadowcę w baterii urządziliśmy sobie legowiska z pałatek i innych podręcznych materiałów.

W osłonie mostu bateria stała prawie tydzień. Po moście przechodzili żołnierze dywizji, przejeżdżały armaty i wszelkiego rodzaju sprzęt. Zazdrościliśmy im, bo przecież oni jadą do kraju, a co z nami będzie nikt jeszcze nie wiedział.

Pewnej październikowej nocy porucznik Rekuć napędził nam strachu w czasie nocnych zajęć taktycznych. Były to pierwsze nocne ćwiczenia, dlatego też udało się dowódcy plutonu stworzyć taką sytuację w którą uwierzyliśmy. Już miał być wieczorny apel, gdy w baterii podoficer dyżurny zarządził “alarm”. Na alarm wybiegaliśmy do parku i przygotowywaliśmy sprzęt do walki. Alarm zawsze traktowany był przez nas poważnie tym bardziej, że amunicja bojowa była zawsze na działach. Porucznik Rekuć zebrał nas przy jednym dziale i wyjaśnił z tajemniczą miną, że przedarły się przez front niemieckie czołgi i mogą zagrozić obozowi, w związku z tym mamy rozkaz organizacji obrony przeciwpancernej. Gdyby to któryś wtedy wiedział gdzie front, a gdzie Sielce to by porucznikowi się nie udało nas tak zastraszyć, ale wtedy nikt się nad tym nie zastanawiał. Porucznik Rekuć powiadomił nas, że ciągniki nasze zostały zabrane do wożenia materiału na wały przeciwczołgowe i działa musiały być zapchane na stanowiska ręcznie. Noc była tak ciemna, że jeden drugiego nie widział, choć wspólnie pchaliśmy działo.

Po wyjeździe 1. Dywizji i powrocie do rejonów zakwaterowania dywizjon otrzymał nowe zadanie - przygotować pomieszczenia do zimowania. Przerwano więc szkolenie bojowe na okres trzech tygodni w ciągu których mieliśmy wybudować ziemianki na zimę. sztab dywizjonu opracował plan rozmieszczenia ziemianek i plan ich budowy. W okresie budowy mieszkaliśmy ciągle w namiotach. We wrześniu noce były już chłodne i odczuwało się nad ranem chłód.

Po przeniesieniu się z namiotów do ziemianek w baterii było inne życie. Najważniejsze było to, że już nie marzliśmy, bo w ziemiankach było zupełnie ciepło. Gdy zaczęły się mrozy, paliło się wtedy dobrze w piecu i było jak u mamy. Piec dawał nieocenione usługi, ponieważ można było przy nim suszyć mokre obuwie i onuce. Również w ziemiankach mieliśmy prymitywne światło. Do tego celu służyły łuski nabojowe, gdzie wlewaliśmy benzynę z solą, zakładaliśmy knot z kawałka onucy i oświetlenie gotowe. Część pomieszczeń tj. sztab, stołówkę i ziemiankę oficerską oświetlano elektrycznie od agregatu. Pod koniec września prace przy budowie ziemianek były już prawie na ukończeniu, więc znów rozpoczęło się normalne szkolenie.

Po pewnym czasie wraz z pułkownikiem Berlingiem, otwartym willisem przyjechała Wanda Wasilewska. Po raporcie i przywitaniu się z poszczególnymi formacjami, gość nasz w asyście starszych oficerów wszedł na trybunę i rozpoczął przemówienie. Wanda Wasilewska mówiła ładnie i prosto tak, że wszyscy stojący na placu żołnierze mogli z łatwością ją zrozumieć. Mówiła o bitwie pod Lenino, 1. Dywizji, o jej bohaterstwie, mówiła, że to dopiero początek i że droga do kraju którą ruszyła już 1. Dywizja w takich warunkach będzie się odbywała.

Po przemówieniu, oddziały stojące na placu przedefilowały przed trybuną i pomaszerowały do swoich rejonów zakwaterowania. Teraz miał odbyć się przegląd rejonów rozmieszczenia wyznaczonych oddziałów.

W listopadzie mieliśmy już zimę w całej krasie, spadł śnieg i chwycił tęgi mróz. W tym czasie wypadły nam kilkudniowe ćwiczenia taktyczne z wyjazdem na stanowiska ogniowe naszej baterii. Ćwiczenia prowadził osobiście dowódca dywizjonu. Sytuacja taktyczna była opracowana w ten sposób, że nasza bateria miała zająć stanowiska ogniowe w rejonie stacji Diwowo z zadaniem osłony punktu załadowczego wojsk. Baterią dowodził kapitan Niewiarowski.

Ćwiczenia rozpoczęły się rano marszem ubezpieczonym to znaczy, że bateria wykonująca marsz musiała być w gotowości do rozwinięcia się i odparcia każdego niespodziewanego ataku z ziemi i powietrza. W czasie marszu ugrupowanie baterii było osłaniane przez jeden działon, którego obsługa zajmowała miejsca na dziale w natychmiastowej gotowości do otwarcia ognia. Stanowisko ogniowe wypadło nam tam gdzie we wrześniu stała druga bateria w osłonie stacji Diwowo w czasie odjazdu na front 1. Dywizji. W związku z tym nie było dużo roboty z pracami saperskimi. Musieliśmy tylko oczyścić i poprawić gotowe już działobitnie oraz zrobić ziemianki dla obsług. Prace te poszły nam bardzo sprawnie i wieczorem bateria osiągnęła pełną gotowość bojową, a obsługi miały już pomieszczenia do nocowania. W pierwszą noc marzliśmy niemiłosiernie , mimo że koza była czerwona do rana, Z powodu nie oszalowanych ścian ziemianki, kapała woda. Do następnej nocy, dzięki naszemu piecykowi, ściany już doskonale podeschły i nie odczuwaliśmy zimna. Następnego dnia rozpoczęły się normalne ćwiczenia z tym że prawie wszystkie zajęcia odbywały się na sprzęcie. Oficerowie baterii mieli swoją ziemiankę na środku stanowiska ogniowego, oprócz dowódcy baterii, bo ten mieszkał gdzieś w wiosce opodal za co musiał później drogo odpokutować. W ogóle po baterii chodziły ploteczki, że dowódca ma fajną babkę u której mieszka. Zajęcia w czasie tych ćwiczeń przechodziły ospale, oficerowie mało się nami zajmowali, za ich przykładem więcej czasu przesiadywaliśmy w ciepłych ziemiankach, gdzie było przyjemniej niż stać na mrozie. A że przykład idzie z góry, co sprytniejsi żołnierze zaczęli się urywać na “rozpoznanie”. Po przeprowadzeniu “rozpoznania” zaczęto w kociołkach pitrasić to kartofle, to kapustę, a niektórzy to kuraki. Wymienione produkty chyba nie pochodziły z kupna.

Któregoś dnia przyjechał na kontrolę dowódca dywizjonu i zastał część baterii przy pracach kulinarnych. Śmiesznie to nawet wyglądało, ale rozprawa z kuchmistrzami była już mniej zabawna. Dowódca dywizjonu podszedł do drugiego działonu gdzie w tym czasie pełniłem służbę. Obsługa była na dziale i “z wielkim zainteresowaniem” wykonywaliśmy poszczególne komendy dowódcy działa. Po złożeniu meldunku przez dowódcę działa, dowódca dywizjonu podszedł do nas i zaczął z nami rozmawiać, a tu jak na złość z uchylonych drzwi ziemianki ulatywał silny zapach gotującego się kuraka. Zainteresował się tym naturalnie major Sokołowski. Wszedł do ziemianki i zobaczył jak na rozżarzonym piecyku wesoło gotował się w kociołku kurak. Nie potrzeba było speca by to stwierdzić. Nieszczęśliwy amator rosołku musiał się przyznać.

Na tym się zakończyło dowodzenie bez kapitana Niewiarowskiego naszą baterią. Więcej go nigdzie nie spotkałem. Po tych sławnych ćwiczeniach taktycznych musieliśmy połknąć jeszcze jedną gorzką pigułkę. Na drugi dzień zarządzono zbiórkę całego stanu osobowego dywizjonu, na której major Sokołowski omówił nasze praktyki kulinarne, a następnie przeczytano rozkaz i amatora rosołku i jeszcze jednego kanoniera z naszej baterii aresztowano i odprowadzono do aresztu. Tak skończyły się pechowe ćwiczenia taktyczne ostatnie na ziemi riazańskiej.

Bardzo uroczyście było obchodzone w dywizjonie Święto Niepodległości 11 listopada. Dzień ten dla mnie był tym bardziej radosny ponieważ otrzymałem pierwszy awans na kaprala. Był to drugi rozkaz nominacyjny podoficerów w dywizjonie. Pierwszym rozkazem nieduża grupa kanonierów otrzymała pierwszy stopień bombardiera. W rozkazie z okazji Święta Niepodległości z dnia 10 listopada 1943r. było więcej awansów. W naszej baterii było pięć awansów na kaprali i parę awansów bombardierów. Oprócz awansów zaszły również w baterii pewne zmiany organizacyjne.

W związku z tym były mianowania trzech nowych dowódców działonów. Jednym z nich byłem ja. Powierzono mi dowodzenie trzecim działonem naszej pierwszej baterii. Jak z mianowania na stanowisko dowódcy działa, tak i z tego awansu byłem bardzo zadowolony. Przyznać muszę, że bardzo imponowało mi tego rodzaju wyróżnienie tym bardziej, że byłem najmłodszy wiekiem w baterii (kanonier Kalinka, który o rok był młodszy ode mnie, do dywizjonu był przydzielony dopiero w grudniu).

Największy kłopot to był ze zdobyciem kapralskich naszywek, bo to i na płaszcz i na mundur było potrzeba. Bielizna, a dokładniej “galoty” wybawiły mnie z kłopotu. Dwa dłuższe troczki i było 8 naszywek, pamiętam że służyły mi one aż do oficerskiej szkoły w Gorkim.

W dniu 11 listopada miała miejsce wielka defilada wszystkich oddziałów, które znajdowały się w obozie sieleckim. Nowością było to, że niektóre oddziały artylerii miały brać udział w defiladzie ze sprzętem. Nasz dywizjo był jednym z nich.

W ramach uroczystości świątecznych po defiladzie odbył się uroczysty obiad. Do obiadu było po sto gramów spirytusu, które otrzymała każda “twarz” będąca zaprowiantowana. A że był to nie byle jaki rarytas rozdziałem jego zajął się osobiście ogniomistrz Kruszyna. W tym celu rozsiadł się on wygodnie na kłodzie drzewa i wydzielał każdemu jego należność. Aby ułatwić pracę szefa ustawiliśmy się w kolejce po swoją porcję, którą Kruszyna wlewał do menażki (kociołka}. Dalej to już szło bardzo szybko, trochę wody, krótki toast i długi rozgardiasz który miał miejsce po świątecznym obiedzie. Trunek bardzo poprawił wisielcze humory po nieudanej defiladzie. Ha mało tego, nastawił tak buńczucznie naszą baterię, że zdecydowano przeprosić dowódcę dywizjonu za nieudaną paradę. Skończyło się wiwatowaniem na cześć majora Sokołowskiego i podrzucaniem go wysoko do góry. Na drugi dzień, życie baterii płynęło normalnym trybem.

Mijały dni, robiło się coraz zimniej, ale w ziemiankach nie odczuwało się tego, gorzej było z pełnieniem służby wartowniczej, która mimo, że jest wielkim zaszczytem, była dla mnie ciężkim obowiązkiem.

Grudzień minął bardzo prędko i mimo przydługich wieczorów i jeszcze dłuższych rozmów i dysput prowadzonych przy mrocznych kopciłkach nie dłużyło się nam wcale. Niedługo mieliśmy pozostawić ziemię riazańską, ale że nastąpi to tak prędko nikt z nas nie przewidywał.

Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy jeszcze w Sielcach. Przeszły one bardzo spokojnie i uroczyście. Na środku placu przed stołówką ustawiono wielgachną choinkę i oświetlono ją elektrycznymi lampkami. W związku z tym i obowiązki pomocnika oficera dyżurnego zwiększyły się o czynność zapalania o zmierzchu i gaszenia po capstrzyku świateł na choince. Również odbyła się w wspólna wigilia, krótkie przemówienie na niej i dwa dni wolnego czasu.

Przed świętami spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka, zostałem przeniesiony z dowódcy trzeciego działonu na dowódcę pierwszego działonu. W działonie miałem siedmiu kanonierów, czterech Polaków , trzech Ukraińców, byli to chłopaki z terenu Tarnopola. Dedyś i Makuchowski byli celowniczymi, Jaczyszyn i Kalinka przelicznikowi, pierwszym wręczycielem Górski. Niestety ładowniczego i drugiego wręczyciela nie mogę już dzisiaj odtworzyć w pamięci.

Był to dobry działon, zgrany, zżyty, a stosunki wzajemne ze sobą były naprawdę życzliwe i koleżeńskie. Porównując ludzi z trzeciego działonu widziałem dużą różnicę i byłem bardzo zadowolony, że powierzono mi dowodzenie tym właśnie działonem. Chcę podkreślić to jeszcze dlatego, że przyjmując go dowódca baterii oceniał go jako najgorszy z działonów w baterii, a w niedługim czasie mogliśmy się chlubić, że nazwa pierwszy naprawdę nam się należy. Z takimi ludźmi można było żyć i walczyć, można było wykonać każde bojowe zadanie.

Pod koniec roku 1943 zaczęło się w dywizjonie coś dziać, jakiś ruch, przygotowania mimo to, że jeszcze głośno się o tym nie mówiło wyczuwało się jakieś przygotowania do wielkich zmian. Pierwsze dane o naszym wyjeździe na front przywieźli nam kierowcy, którzy zwozili specjalne zapasy żywności, umundurowania, materiałów pędnych i broni strzeleckiej do naszych magazynów a częściowo na stację Diwowo. Któregoś dnia dano nam dodatkowe umundurowanie, tj. oprócz ciepłej bielizny, spodnie watowane, kufajki, wojłoki i na baterię sporo kożuchów wartowniczych. Wydano wszystkim indywidualne pakiety sanitarne, sprawdzono maski, rozdano na baterie specjalne urządzenia do rozpoznania chemicznego, te wszystkie czynności wyraźnie wskazywały, że upragniony wyjazd jest już blisko.

30 grudnia 1943r dla baterii przyjechały ciągniki i samochód dla drużyny dowodzenia. Wozy zaparkowano na stanowiskach ogniowych, a kierowców przydzielono do poszczególnych działonów. Kierowcą mojego działonu został kanonier Sawicki, dobry chłopak, a przy tym niebywałej siły. Bardzo przydały się jego stalowe ramiona do wyciągania i przepychania działa. Dopiero 31 grudnia posypały się rozkazy które spowodowały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ruch w dywizjonie. Podniecenie tym większe im krótszy czas był na oswojenie się z myślą, że to już koniec jakiegoś jednego etapu. Różne myśli cisnęły się do głowy: dokąd jedziemy, co z rodzinami, ca nas czeka. Ze smutkiem żegnaliśmy nasze ziemianki, nasze place ćwiczeń, cały obóz siedlecki, bo przecież tu spędziliśmy pół roku naszego życia. Żegnając wtedy na zawsze i las sosnowy i Okę nie przeczuwając, że dwadzieścia lat później będę jeszcze na tej ziemi, że będę mógł tak żywo odtworzyć to co wtedy przeżywałem.

Rano w Sylwestra wydano nam prowiant na jeden dzień i o dziesiątej zarządzono wyciąganie kolumny do marszu. gdy kolumna była już gotowa, otrzymałem nowe zadanie. Wydzielono mi dwudziestu ludzi i dwa samochody do przewożenia amunicji i ładowania jej do podstawionych na bocznicę wagonów. Była to paskudna i bardzo trudna praca. Ładowaliśmy tę amunicję do późnej nocy, pogoda przy tym była straszna - śnieżna burza, która trwała aż do rana. Transport ładowaliśmy przez całą noc, burza i ciemności uniemożliwiły sprawną organizację, nie było mowy o planowym kierowaniu załadunkiem.

Działa i wozy baterii najłatwiej było załadować, gorzej było po ciemku umocować do platform, ale Sawicki z Dedysiem dobrze i sprawnie to zrobili.

Ta Noc Sylwestrowa została nam w pamięci na długie lata, w tę noc rozpoczął się drugi etap życia naszej służby wojskowej, nowy etap szkolenia, nowy etap - marsz do ukochanej Ojczyzny.

[ Do spisu treści ]

 

2. Droga na front

1 stycznia 1944 roku rozpoczęło się przegrupowanie pododdziałów 1. Korpusu na ziemię śwideńską. Tu w rejonie Poczynek - Łapciewo ześrodkowały się oddziały 1. Dywizji i część oddziałów Korpusów, które przybyły z obozu sieleckiego.

1. samodzielny dywizjon artylerii przeciwlotniczej otrzymał zadanie osłony stacji załadowczej oddziałów Korpusu Diwowo i stacji wyładowczej Poczynek na smoleńszczyźnie. Zadanie to wykonywane było w sposób następujący:

Druga bateria małego kalibru osłaniała stację załadowczą Diwowo i ostatnim transportem przybyła do Poczynku. Pierwsza bateria małego kalibru, trzecia bateria średniego kalibru i pluton PKM pierwszym transportem zostały przerzucone do miejscowości Poczynek, gdzie osłaniały ją jako stacje wyładowczą oddziałów Korpusu.

Było już zupełnie widno 1 stycznia 1944 roku, gdy transport nasz był w gotowości do odjazdu. Mieliśmy otrzymać jeszcze śniadanie z kuchni, która już wesoło dymiła i ruszać na zachód.

Na transporcie organizowana była osłona przeciwlotnicza siłami czterech dział naszej baterii i plutonem PKM. Działa pierwszego plutonu i pluton PKM rozmieszczone i przygotowane do walki były z przodu transportu, a drugi pluton na końcu transportu. W środku jechały wagony z ludźmi, kuchnią, amunicją, wartownia oraz pozostały sprzęt dywizjonu.

Jeszcze przed południem przeraźliwy świst syreny parowozu oznajmił wszem i wobec, że 1. dywizjon wyruszył na front.

Po nocnej burzy śnieżnej dzień 1 stycznia 1944 roku był słoneczny i mroźny, nieskazitelnie śnieżna biel ciągnęła się wzdłuż linii kolejowej, którą podążał nasz transport. Stanowi osobowemu naszej baterii przydzielony był jeden wagon o typowym wówczas wyposażeniu. To znaczy: po dwóch stronach duże prycze do spania i siedzenia, na górze po dwóch stronach półki na bagaż, w środku żelazny piecyk i mdła latarka, która paliła się okrągłą dobę, ponieważ otwory okienne były prawie ciągle zamknięte z powodu dużego mrozu. Podział miejsc w wagonie był następujący: każdy działon zajął jedną pryczę, drużyna dowodzenia i kierowcy rozdzieleni byli do poszczególnych działonów, oficerowie na jednej górnej pryczy z czwartym działonem.

W pozostałych wagonach rozmieścił się sztab, skład osobowy baterii trzeciej, plutonu dowodzenia i część kwatermistrzostwa.

Jak już wspominałem osłonę przeciwlotniczą transportu organizowała nasza bateria i pluton CKM. W tym celu działa były usadowione na platformach kolejowych przy wpół zamkniętych przyporach i przymocowane specjalnymi kolejowymi gwoździami do podłogi platformy. Ładunek sąsiednich wagonów był tak dobrany, żeby nie przeszkadzał w prowadzeniu ognia wzdłuż transportu. Były to przeważnie platformy z przyczepami i armatami trzeciej baterii lub niskimi samochodami.

Karabiny maszynowe plutonu PKM rozmieszczone były na wozach ciężarowych, z których był przedtem zdjęty ich ładunek. Miały one bardzo dobre pole obserwacji i pole ostrzału ale obsługi dyżurne miały przy tym piekielnie zimno.

W celu zapewnienia ciągłej osłony już od samej stacji Diwowo zorganizowane były od świtu do nocy dyżury na sprzęcie. Dyżur pełniło kolejno po jednym działonie i jednej obsłudze PKM. Zmiana dyżurnych obsług wypadała bardzo różnie. Zgodnie z grafikiem baterii wypadało co cztery godziny, ale zgodnie z rozkładem jazdy to i po sześć godzin wypadało marznąć na dziale, bo o przejściu do wagonu w czasie jazdy nie było mowy. Naturalnie mojemu działonowi jako pierwszemu wypadł dyżur pierwszy już od Diwowa. Po “sylwestrowym balu” bardzo śpiąco wyglądała nasza osłona i z niecierpliwością wyglądaliśmy kolejnej zmiany.

Dyżur pełniliśmy na swoim dziale, które przedtem trzeba było przygotować do boju i załadować amunicją. Mimo zimowych smarów, którymi było działo zakonserwowane i nasmarowane mieliśmy duże trudności z uruchomieniem pokręteł kierunku i położenia. Ale w ramach rozgrzewki rozkręciliśmy zastygłe smary, załadowaliśmy dziesięć sztuk amunicji, a pozostałe pięćdziesiąt załódkowane leżało w skrzyniach z dwóch stron działa, aby wygodniej było wręczać w miarę potrzeby.

Celowniczowie siedzieli na swoich miejscach w gotowości do strzelania, reszta w zacisznych miejscach, bo strasznie dmuchało. Jeden tylko wyznaczony biedaczysko udawał, że obserwuje nieprzyjaciela z powietrza, którego o obowiązkiem było danie sygnału przy nalocie samolotów. Zimno było bardzo i mimo wartowniczych kożuchów pod koniec dyżuru pomarzliśmy haniebnie i z przyjemnością tuliliśmy się do gorącego piecyka po zakończeniu służby.

Dni w drodze były bardzo podobne do siebie i nawet zajęcia nie były bardzo przykre, bo w większość z nich z braku miejsca musiała brać udział na leżąco. Transport nasz z każdym dniem zbliżał się do miejsca przeznaczenia, którego nikt z nas nie znał. Tym bardziej, że przejeżdżaliśmy przez małe nieznane przystanki i stacyjki, z których nic nie można było wywnioskować. Jechaliśmy tak około dziesięciu dni.

Któregoś z kolei dnia podroży, grubo przed świtem zbudziły nas głosy dyżurnych wzywających wszystkich kierowców do wozów. To był sygnał, że zbliża się kres naszej podróży. Uruchomienie silników nie było łatwą sprawą. Mimo przygotowania wozów do eksploatacji zimowej, zdjęcia akumulatorów na drogę i przygotowania gorącej wody w kuchniach, kierowcy aż do stacji rozładowczej mieli pełne ręce roboty.

Był już późny ranek, gdy transport nasz zatrzymał się na stacji Poczynek. Jest dość duży przystanek kolejowy wraz z osiedlem, leżący niedaleko Smoleńska. Pogoda była piękna, słoneczna, ale bardzo mroźna. Na stacji stały puste wagony towarowe i nasz transport. Wydano rozkaz przygotowania się do rozładunku transportu. Porucznik Witkowski organizował rozpoznanie ugrupowania bojowego. W rozpoznaniu brał udział szef łączności, nasz dowódca baterii i dowódca PKM. Nim transport przetoczono, na bocznicę wezwano dowódców działonów naszej baterii i na moście dla pieszych, który przechodził nad torami, postawiono nam zadanie bojowe.

Zgodnie z treścią zadania dywizjon w składzie 1., 3. baterii i plutonu PKM miał osłaniać stację rozładowczą 1. Korpusu PSZ w ZSRR Poczynek. Bateria pierwsza ugrupowana plutonami zajęła stanowiska ogniowe bezpośrednio w rejonie stacji. Baterię trzecią ugrupowano na jednym stanowisku ogniowym około dwóch kilometrów od stacji. Pluton PKM ugrupowano w rejonie drugiego plutonu pierwszej baterii.

Stawiając zadania bojowe porucznik Kanonienko wskazywał każdemu działonowi miejsce na stanowisko. Plutonowi pierwszemu, w skład którego wchodziły pierwszy i drugi działon, wyznaczono stanowiska prawie przy samym torze stacji na niewielkim nasypie, skąd wspaniale widać było całą stację. Gorsza była widoczność z przeciwnej strony gdzie były zabudowania, które częściowo utrudniały pole ostrzału.

To już nie były ćwiczenia taktyczne, to było już prawdziwe zadanie bojowe, dlatego też na wszystkich twarzach widać było powagę i duże skupienie. Wszystkie rozkazy i zarządzenia wykonywane były szybko i nawet powiedziałbym z przesadną służbistością. Właśnie na to chciałem zwrócić uwagę, że mimo pozornie przyjętego mniemania, że na froncie dyscyplina się bardziej rozluźnia, u nas w baterii stwierdziłem wręcz coś innego.

Gdy wróciliśmy do swoich wagonów transport stał już na bocznicy i robota szła już pełną parą. Rozładowanie naszych dział było drobnostką. Byliśmy tak wyćwiczeni w przetaczaniu ręcznie armaty, że zepchnięcie z platformy i dopchanie działa na wyznaczone stanowisko nie stanowiło żadnego problemu. Pluton nasz nie otrzymał ciągników, które były użyte do rozładowania amunicji, żywności i innego sprzętu. Drugi pluton i PKM przewieziono ciągnikami, które również wróciły do dyspozycji trzeciej baterii. Gotowość bojowa dla trzeciej baterii wyznaczona była później, ale za to miała ona rozładować nasz transport - nie zazdrościliśmy im tego.

Przydzielone cztery skrzynki amunicji na działo również musieliśmy przynieść ręcznie, ale to nie było najgorsze. Prawdziwe kłopoty zaczęły się przy kopaniu, a raczej kuciu w zamarzniętej na pół metra ziemi, działobitni. Kolejność prac przy zajęciu stanowiska ogniowego przez nasz pluton była następująca:

  • rozmieszczenie sprzętu na wyznaczonych miejscach;
  • wybranie, a następnie rozmieszczenie ciągników;
  • przygotowanie sprzętu do boju, regulacja jego i przygotowanie amunicji;
  • wykonanie dokumentacji działonowego;
  • wyznaczenie i objęcie służby przez dyżurnych obserwatorów przy każdym dziale;
  • wykopanie działobitni i ziemianek dla ludzi.

Ciągniki naszego plutonu powróciły bardzo późno. Rozmieszczono je opodal naszego stanowiska przy zabudowaniach gospodarczych. Tym czasem stały one rozśrodkowane lecz nieokopane, ponieważ sami kierowcy nie byli w stania wykonać okopu na ciągnik. Prace te przewidziane były w następującej kolejności.

Gdy przygotowaliśmy działo do strzelania i Kalinka stanął na dyżurze, było już późne południe i trzeba było prędko brać się do roboty. Kopanie działobitni było nadzwyczaj trudne ze względu na grubą zamarzniętą skorupę ziemi, a po wtóre po południu rozhulała się smoleńska burza śnieżna, która w ogóle uniemożliwiała pracę. Najgorsze było to, że wszyscy nie mogli równocześnie pracować, gdyż robić można było tylko kilofem i łomami, łopaty były całkowicie nieprzydatne. A tu jak na złość trzonki od kilofów nie wytrzymały i został jeden łom, którym uparcie dłubaliśmy zmarzniętą ziemię. Zimno było przeraźliwie, szczególnie gdy czekało się na swoją kolejkę pracy przy łomie. Ale bieda jest matką wynalazków, jak mówi przysłowie. Nas ona też zmusiła do szukania wyjścia, bo w takich warunkach przetrwanie do rana groziło zamarznięciem. Po pierwsze “zorganizowaliśmy” gdzieś beczkę, a wykonanie z niej pieca było drobnostką. Maskowanie ognia nie obowiązywało, bo w taką wichurę lotnictwo ani działać, ani widzieć nic nie mogło. Następnie skorzystaliśmy z nocy i zrobiliśmy spory zapas desek, bez których nie można było sobie wyobrazić wykonania ziemianki. Potrzebne one były na dach. Źródłem skąd zaopatrywaliśmy się były nasze wagony, a deski z prycz wspaniale się nadawały w nocy przy pracy na parawan od wiatru, a później na dach ziemianki. Deski te woziliśmy ze sobą prawie do końca wojny. Po trzecie to “wymieniliśmy” wspaniały piecyk żelazny również z naszego transportu. Piecyk ten oddawał nam nieocenione usługi, a szczególnie gdy staliśmy później ponad dwa miesiące w Łapciewie. Nie udało się nam w nocy wykonać działobitni, to było ponad nasze siły. Wykopaliśmy natomiast dość duże pomieszczenie, w którym mogliśmy przespać się parę godzin do rana.

Całkowite prace saperskie były ukończone dopiero po trzech dobach. Wykopaliśmy działobitnie z niszami na amunicję oraz ziemiankę dla całego działonu, to jest dla dziewięciu osób, bo kierowcy rozmieszczeni byli przy swoich działonach.

W Poczynku wykonywaliśmy zadanie bojowe osłony stacji wyładowczej około dziesięciu dni. W tym czasie przyjeżdżały coraz to nowe transporty 1. Korpusu i wyładowywały się na bocznicy oraz przy innych torach w zależności od rozładowywanego sprzętu.

Już w czwartym dniu naszego pobytu w Poczynku rozpoczęły się normalne zajęcia. Dni były jeszcze bardzo krótki, więc szkoliliśmy się tylko do obiadu. Głównie zajęcia odbywały się przy sprzęcie, jedynie szkolenie polityczne odbywało się w ramach plutonów przy jednym z dział. Tematy były tak dobrane, żeby sprzęt był zawsze w gotowości do prowadzenia ognia. Byliśmy nawet z tego zadowoleni, bo nie należało do przyjemności rozbieranie dział na takim mrozie. Gro zajęć to były działoczyny prowadzone przeważnie przez dowódców działonów.

Ziemiankę urządziliśmy wspaniale. Tym bardziej byliśmy z niej dumni, ponieważ były to nasze pierwsze prawdziwe stanowiska, a w tym pierwsza ziemianka przystosowane do korzystania z niej podczas srogiej zimy. Ciasno było tam bardzo, ale zawsze to własne. Ziemianka była tak rozmieszczona w stosunku do działobitni, żeby można było w razie potrzeby w jak najkrótszym czasie znaleźć się przy dziale. Wchodziło się do niej prosto z działobitni przez krótki wykop. Wejście było zasłonięte plaszcznamiotem.

Przez środek ziemianki wykopany był korytarz długości około pięciu metrów i szerokości jednego metra. Po obu stronach korytarza wykopane były miejsca do spania, których poziom był wyższy od korytarza na wysokość zwisających nóg, gdy siedziało się na tych wykopanych pryczach. Z jednej strony korytarza spało pięciu, a z drugiej czterech żołnierzy, a piąte miejsce było wykorzystane na stojak do broni. Na końcu korytarza stał żelazny piecyk, w którym ogień palił się bez przerwy od momentu zainstalowania go, aż do chwili zdemontowania. W ziemiance takiej najgorzej jest pierwsze trzy dni, dopóki zamarznięte ściany i dach nie wyschnął i nie przestanie kapać woda. Dach, a raczej sufit zabezpieczaliśmy płaszcznarniotami. Sześć takich plaszcznamiotów w pełności wystarczało na obicie sufitu. Obowiązkiem dyżurnego było nie tylko utrzymanie ognia w piecu, ale i wylewanie wody, która zbierała się w zawieszonych płaszcznamiotach.

Z drzewem na opał w Poczynku nie było trudności, z rozładowujących się transportów można było zaopatrzyć się we wspaniałe suche drzewo.

Porządek dnia w porównaniu z obozem sieleckim, był niemalże wczasowy. Wstawało się tak, żeby zdążyć na śniadanie. Śniadanie przywoził nam sierżant Kruszyna z punktu gospodarczego baterii, który mieścił się przy drugim plutonie, to jest po drugiej stronie toru.

Po śniadaniu odbywał się przegląd czystości, który polegał na rozbieraniu się do pasa i przeglądaniu koszul. Czynność tę wykonywał dowódca działonu, który sam był sprawdzany przez dowódcę plutonu lub jego zastępcę. Kto u kogo sprawdzał w wyższej hierarchii dowódczej nie widziałem. Co drugi dzień przy przeglądzie była obecna sanitariuszka dywizjonu panna Janeczka.

Panna Janeczka bardzo uroczyście przeglądała po kolei bieliznę (tylko koszule) i sowicie posypywała je proszkiem, który jednak na pewno nie był zasypką dla niemowląt ani też środkiem przeciw poceniu się. Przy takich oględzinach było dużo żartów i śmiechu bo panna Janeczka była jedyną istotą płci pięknej, z której spotykaliśmy się w tak niezwykłych okolicznościach.

Od śniadania do obiadu ćwiczenia. Po obiedzie zaczynało już się tak ściemniać, że oprócz czyszczenia broni nic już nie można było robić. Całe wieczory (w tym czasie bardzo długie) spędzaliśmy w ziemiance na opowiadaniach.

W Poczynku odczuwało się prawie codziennie bliskość frontu. Wprawdzie nie było słychać grzmotu dział artyleryjskich, ale działanie lotnictwa niemieckiego było aktywne.

Były to loty samolotów rozpoznawczych i bombowych, z których te ostatnie działały przeważnie wieczorem i w nocy.

Około godziny dziewiątej-dziesiątej wieczorem przelatywały one nad nami i po piętnastu-dwudziestu minutach słychać było, odgłosy wybuchów bomb, które zlewały się z hukiem wystrzałów artylerii przeciwlotniczej. Towarzyszyły przy tym błyski i piękne pióropusze różnokolorowych pocisków przeciwlotniczych. Były to przeważnie samoloty Ju-88, którego warkot silników dobrze zapamiętaliśmy.

Każdorazowy przelot samolotów był sygnałem do alarmu. Prędko wyskakiwaliśmy z ziemianek i obsługa zajmowała miejsce na dziale, z którego dyżurny obserwator ściągnął przezornie pokrowiec.

Ze względu na noc cele nie mogły być widoczne i ognia celowanego prowadzić nie było można. Stację Poczynek osłaniał tylko nasz 1. dywizjon, w którym na wyposażeniu nie było reflektorów, nie mówię już o stacjach radiolokacyjnych, o istnieniu których wtedy nawet nie wiedzieliśmy.

Można było jedynie prowadzić ogień zaporowy i to plutonami, ponieważ bateria była tak ugrupowana. Podporucznik Rekuć komendę do ognia zaporowego zawsze nam podawał, ale komendę do strzelania podał tylko raz i to niefortunnie bo za późno.

Pewnego razu, jak zwykle na wieczornym alarmie obsługi siedziały na działach w gotowości do otwarcia ognia i z daleka obserwowaliśmy bombardowanie jakiegoś obiektu, którym był chyba Smoleńsk, gdy usłyszeliśmy warkot powracającego samolotu.

Dowódca plutonu wydał komendę do przygotowania ognia zaporowego, gdy usłyszeliśmy przeraźliwy gwizd spadających bomb i tuż zaraz huk ich wybuchów. Otworzyliśmy ogień, ale było już za późno. Gdy umilkły echa ostatnich wystrzałów słychać było daleki warkot odlatujących samolotów. Seria trzech bomb zrzucanych przez samolot nie uszkodziła węzła kolejowego, ale mimo to spowodowała straty, byli zabici i ranni. Jedna z bomb uderzyła w budynek, w którym znajdowała się poczta polowa korpusu, a niedaleko stał samochód ciężarowy naszego dywizjonu. Budynek poczty został częściowo zniszczony, odłamki bomby trafiły w nasz samochód, przebiły baki, a część odłamków i grudek zmarzniętej ziemi doleciała aż do naszych dział. Ranni zostali natychmiast przewiezieni do punktu sanitarnego.

To pierwsze spotkanie z lotnictwem nieprzyjaciela, w wybitnie dla nas niekorzystnych warunkach, zrobiło nieprzyjemne wrażenie na ludziach pierwszego plutonu. Przy następnych przelotach samolotów nie lekceważyliśmy tak nieprzyjaciela i z większą dokładnością przygotowywaliśmy sprzęt do walki. Do spotkań tego rodzaju w Poczynku już nie doszło, wkrótce 1. dywizjon artylerii przeciwlotniczej otrzymał inne zadanie.

Główne siły 1. Korpusu PSZ zostały przerzucone na ziemię smoleńską, gdzie zostały rozśrodkowane w celu kontynuowania szkolenia bojowego. 1. samodzielny dywizjon artylerii przeciwlotniczej otrzymał zadanie osłony zasadniczych obiektów korpusu. Ze względu na to, że prawdopodobieństwo uderzenia lotnictwa, na rozśrodkowane wojska korpusu było małe, dywizjon wykonywał zadanie w ugrupowaniu bateriami.

Bateria pierwsza i pluton PKM otrzymały zadanie osłony sztabu 1. Korpusu, który rozmieścił się w miejscowości Łapciewo.

Łapciewo było położone około 40 kilometrów od Poczynka i przedstawiało sobą dużą białoruską wieś. Przemarsz do Łapciewa odbył się w dzień, co w znacznym stopniu ułatwiło marsz przez głębokie zaspy śniegu. Przygotowanie do marszu odbyło się bardzo szybko i sprawnie. Załadowaliśmy najpierw deski na dach do ziemianki, na wierzch władowaliśmy część amunicji, sprzęt działowy i zaczepiliśmy działko. Koło godziny dziesiątej kolumna naszej baterii i plutonu PKM była przygotowana do marszu. Osłona przeciwlotnicza kolumny organizowana była przez drugi działon i jeden PKM. Polegała ona na tym, że celowniczowie drugiego działonu jechali na dziale, które było przystosowane do prowadzenia ognia z kół, przeciwlotniczy karabin maszynowy wraz z obsługą jechał na jednym z samochodów, również w gotowości do strzelania.

Kolumnę naszą prowadził osobiście dowódca dywizjonu. Podróż minęła bez żadnych trudności, a to tylko dzięki oddziałom saperów i piechoty, które oczyszczały drogę wykopując w śniegu przeolbrzymie tunele.

Najgorsze jednak było wymijanie, bo zjechać z drogi nie było możliwości, ze względu na głębokie śniegi. My byliśmy w szczęśliwym położeniu, bo jechała cała kolumna i mieliśmy pierwszeństwo, ale wszystkie wozy jadące naprzeciw musiały zjeżdżać z ubitej nawierzchni i czekać na pomoc saperów.

Do Łapciewa przyjechaliśmy po południu tak, że jeszcze do wieczora zostało dobrych parę godzin, które można było wykorzystać na budowę ziemianek.

Stanowisko ogniowe baterii wybrane było niedaleko jednej z ulic Łapciewa na wzgórzu, skąd mieliśmy wspaniałe pole obserwacji i niczym nie ograniczoną okrężną strefę ognia. Pluton PKM zajął stanowisko po przeciwnej stronie tej somej ulicy, skąd również miał dobrą obserwację wzrokową i ogniową.

Zajęcie stanowiska ogniowego nie było łatwe ze względu na głęboki śnieg. Trzeba było doczepiać po dwa ciągniki do jednego działa i w ten sposób dobrnąć do wyznaczonego miejsca. Poszło to jednak dużo sprawniej niż przypuszczaliśmy, już po godzinie wszystkie działa były na stanowisku. Trzeba było tylko uprzątnąć śnieg i przygotować działo do strzelania.

Mrok już zapadał, gdy przystąpiliśmy do kopania ziemianki. Byliśmy przekonani, że czeka nas podobna praca jak w Poczynku, ale spotkała nas miła niespodzianka. Ziemia, która znajdowała się pod grubą warstwą śniegu była zamarznięta najwyżej na 20 cm. Teraz mieliśmy i sprzęt saperski lepiej przygotowany, a i sami zdobyliśmy duże doświadczenie w czasie pierwszego kopania, to wszystko złożyło się na to, że ziemianka dosłownie w ciągu paru godzin była wykopana.

Zabrała nam trochę czasu budowa dachu, a szczególnie odnalezienie “matki” (belki, która podtrzymuje prawie cały dach), ale Sawicki i to prędko “zorganizował”.

Po północy chata była już gotowa, a z piecyka buchało przyjemne gorąco, a ze ścian i sufitu kapały zimne krople wody, ale to było już głupstwo, do rana spanie było co się zowie.

Jeszcze trzy dni mieliśmy na rozbudowę stanowiska ogniowego. Przez ten okres wykonaliśmy działobitnię, ziemiankę dla oficerów, ulepszyliśmy swoją ziemiankę i wykonaliśmy prace maskujące. W tych ostatnich w znacznym stopniu dopomogła nam burza śnieżna, która pięknie wszystko zrównała i zamaskowała. Po tych pracach rozpoczęły się dni szkolenia i czekania na następny skok bliżej kraju.

Najbardziej dawało nam się we znaki, że nie mogliśmy pod żadnym pozorem opuszczać stanowiska ogniowego. Przyznać muszę, że to zarządzenie było dla nas świętością. Całe życie nasze zamykało się w kręgu baterii. Ziemianka, działobitnia, placyk do ćwiczeń w rejonie stanowiska i kuchnia były pełnym kręgiem.

Kuchnia była trochę dalej, bo mieściła się w najbliższej zagrodzie tak że marsz do niej trzy razy dziennie był już poniekąd rozrywką. Na posiłki chodziliśmy na zmianę plutonami, żeby zachować ciągłą gotowość bojową. Również plutonami maszerowaliśmy co dziesięć dni do łaźni i raz całą baterią na występ teatrzyku 1. Korpusu.

Łaźnia mieściła się we wsi i była jak na tutejsze warunki całkiem przyzwoita. Mało tego, koło łaźni były ustawione ruchome urządzenia dezynfekcyjne, które gorliwie pomagały pannie Janeczce w walce z insektami. W łaźni nie było pryszniców, trzeba było sobie dać radę taką wiaderko-miednicą, ale mycie naprawdę królewskie. Po kąpieli ogniomistrz Kruszyna wydawał czystą bieliznę i skrupulatnie liczył zdawaną przez nas brudną, trudno było w takich warunkach coś “zorganizować” do czyszczenia broni i sprzętu, a ze szmatami było krucho.

Występ zespołu artystycznego był dla baterii wielką atrakcją. Tak wypadało, że chyba ten jedyny raz nasza bateria była na występach zespołu na terenach Związku Radzieckiego. Sala, w której odbywało się przedstawienie, była nieduża i oprócz naszej baterii i plutonu PKM, nikt więcej zmieścić się nie mógł. Występ był wyśmienity i artyści (szczególnie panie) otrzymali zasłużone oklaski i owacje. Na zakończenie odbyła się wspólna z artystami nauka piosenki “Z poza gór i rzek”. Na scenę wniesiono duże tablice ze słowami, więc trudności w nauczeniu się marsza 1. Korpusu nie było. Gorzej było po wyjściu, bo mimo łatwych słów tekstu piosenki nie byliśmy w stanie przyswoić jej w tak krótkim czasie.

Z pobytu w Łapciewie najbardziej utkwiły w pamięci trudności z codziennym myciem i trochę słabe wyżywienie.

Mycie się i częste pranie każdy musiał organizować na własną rękę. Uniwersalnym naczyniem do tych celów była naturalnie menażka. Oprócz jej zasadniczego przeznaczenia służyła ona do topienia śniegu, przechowywania wytopionej wody, następnie trzeba było umyć się w niej, zrobić od czasu do czasu przepierkę i ugotować dodatkowe “wzmocnione” śniadanie. Jak widać z tego menażka była nadzwyczaj uniwersalnym naczyniem, które nieraz okrągłą dobę było w użyciu. Po kolacji ustawiało się dziewięć menażek na dużej, kuchennej blasze i dyżurny topił śnieg na wodę do porannej toalety. Po śniadaniu znów topiło się śnieg do mycia menażek i do mycia rąk przed obiadem i tak w kółko.

Pewnego razu bombardier Sitecki z dwóch menażek urządził nawet łaźnię polową. Ze śniegu ułożyli ścianę, która zasłaniała kąpiącego się od wiatru, delikwent stał, a nad nim powieszono dwie menażki z gorącą wodą, której strumień regulowany był z ziemianki przez pomocnika kąpiącego się przy pomocy sznurka. Łaźnia ta dopiero w marcu znalazła pełne zastosowanie, bo mróz zelżał i było tylko około minus 5-10 stopni.

Sposób na poprawienie wyżywienia również znalazł się nienajgorszy. Niedaleko baterii w polu był pozostawiony i niewykopany cały zagon kartofli, który spełniał rolę indywidualnego zaopatrzenia baterii. Wprawdzie kartofle były trochę zmarznięte, ale po ugotowaniu były całkiem wykwintnym choć trochę przysłodkawym daniem.

Tu w Łapciewie w ciągu prawie dwumiesięcznego pobytu otrzymaliśmy dobrą porcję wyszkolenia i jeśli do tego dodać prawdziwe koleżeńskie zżycie się, to trzeba przyznać, że bateria przedstawiała sobą dobry bojowy kolektyw, któremu można było stawiać każde zadanie bojowe.

Działalność lotnictwa nieprzyjacielskiego w tym okresie była bardzo bierna. W zasięgu obserwacji naszej baterii zanotowano tylko parę przelotów lotnictwa rozpoznawczego. Dwa razy pojedyncze samoloty wykonywały bezpośrednie loty nad rejonem rozmieszczenia sztabu korpusu. Było to przy pięknej słonecznej pogodzie, widać więc było błyskające cielska samolotów, a “popisane” przez nich niebo jeszcze długo wskazywało na niestosowną ich tu obecność. W baterii i plutonie PKM został zarządzony alarm i wydane rozkazy otwarcia ognia. Ognia jednak nie prowadziliśmy ze względu na duże wysokości lotów (ponad 5000 m), a przy pomocy naszego sprzętu można było ostrzeliwać cele tylko do 3000 m.

W marcu zaczęły się coraz większe utyskiwania na Łapciewo. Mówiło się coraz więcej o wyjeździe, o tym, że już czas na front, bliżej domu. Jak bardzo chcieliśmy jechać na front może świadczyć choćby taki przykład. W drużynie dowodzenia baterii dowiedzieliśmy się, że mamy być w Łapciewie do połowy marca. Dowódca drużyny zwiadu bombardier Sitnicki wystrugał tyle kołków ile dni nam zostało do wyjazdu, wbił je do ściany ziemianki i codziennie po “wieczornej rocie” na baczność uroczyście wyciągano po jednym kołku.

Wreszcie w połowie marca doczekaliśmy się upragnionego wyjazdu, niestety nie dla wszystkich oznaczał on powrót do kraju.

W marcu 1 Korpus PSZ, który ześrodkowany był na ziemi smoleńskiej, został przerzucony do rejonu Żytomierza. Przegrupowanie wojsk korpusu odbywało się transportami kolejowymi, przy czym załadunek głównych sił korpusu miał miejsce na stacji załadowczej Poczynek.

1 samodzielny dywizjon artylerii przeciwlotniczej otrzymał zadanie osłony stacji załadowczej Poczynek i stacji wyładowczej w rejonie Żytomierza.

Zadanie to dywizjon wykonywał grupując główny wysiłek osłony na stację Poczynek. Podyktowane to było stosunkowo bliskim położeniem Poczynka od linii frontu.

Do osłony stacji załadowczej wyznaczono: pierwszą baterię, trzecią baterię i pluton PKM. Stację wyładowczą osłaniać miała bateria druga, która jednym z pierwszych transportów odjechała na Ukrainę.

W tej sytuacji baterii naszej postawiono zadanie wykonać marsz i zająć ugrupowanie bojowe w obronie stacji Poczynek. Dzień przemarszu z Łapciewa do Poczynku był słoneczny i ciepły. Śnieg leżał wszędzie jeszcze grubą kołdrą, ale termometr wskazywał powyżej zera i wyczuwało się bliskość wiosny. Zadanie stawiał i kierował marszem osobiście dowódca dywizjonu major Sokołowski, który w tym celu przybył do Łapciewa. Przemarsz był traktowany jako kontrolne ćwiczenia taktyczne. Major Sokołowski zajął miejsce w skrzyni ostatniego samochodu, gdzie przy pomocy kolorowych naboi sygnałowych stwarzał nam różne sytuacje bojowe i oceniał nasze zachowanie się w tych sytuacjach.

Dowódca baterii wydając nam rozkaz powiedział, który kolor naboju sygnałowego oznacza czołgi nieprzyjaciela, który atak lotnictwa lub niebezpieczeństwo broni chemicznej i w zależności od tego co wykonywać ma bateria.

Ciężka droga powrotna była dla nas. Chyba z dziesięć razy przygotowywaliśmy się do boju, a połowę drogi przejechaliśmy w maskach. Nie odbyło się jednak przy tym bez wypadku.

Przy przygotowaniu dział do boju każdorazowo ładowaliśmy armaty dwiema łódkami bojową amunicją. W czasie ładowania w drugim dziale jeden z naboi rozerwał się i odłamkami z łuski poranił obsługę. Najwięcej ucierpiał ładowniczy, pozostałych chyba tylko wystraszył ten przypadek, gdyż wystarczyła im pierwsza pomoc naszego sanitariusza. Ładowniczemu też nic groźnego się nie stało, poranił ręce i trochę prawy bok. Natychmiast odwieziono go samochodem dowódcy dywizjonu do szpitala, ale już po dziesięciu dniach, jeszcze z bandażami wrócił do baterii.

Po tym wypadku mjr Sokołowski znacznie rzadziej korzystał z rakietnicy tak że jeszcze przed zmierzchem dotarliśmy do Poczynku.

Osłona stacji była zorganizowana tak samo jak w styczniu, dlatego zajęliśmy te same stanowiska ogniowe i ku naszemu zadowoleniu nie były one prawie wcale zniszczone. Trzeba było działobitnie oczyścić ze śniegu i można było usadawiać działo na mur przygotowując je do strzelania. Z ziemianką również nie było dużo roboty, zostało tylko zmajstrować dach i dokładnie usunąć śnieg. Po sutej kolacji połączonej z obiadem i wystawieniem obserwatora położyłem ludzi spać, a sam musiałem iść na odprawę do dowódcy plutonu. Na szczęście była krótka, więc buchnąłem na pryczę, bo jutro czekała nas nowa praca, trzeba było szybko spać.

Praca ta polegała na przygotowaniu się do inspekcji, która miała być przeprowadzona z ramienia korpusu. Roboty było dużo, a inspekcja zakończyła się wizytacją porucznika Witkowskiego, który raczył pochwalić pluton za dobre urządzenie się.

Poczynek z tego okresu zostawił bardzo przyjemne wspomnienia. Codziennie ładujące się transporty przypominały, że to już koniec czekania i na nas przyjdzie kolej, załadujemy się i pojedziemy na front. Dokąd odjeżdżały załadowane wojskami i sprzętem wagony nie wiedzieliśmy, przypuszczaliśmy natomiast, że udają się w kierunku frontu. Do tego pogoda była jak na zamówienie, piękna, słoneczna i bardzo ciepła. Wyczuwało się, że z każdym dniem wiosna jest już bliżej i naprawdę wiosnę odczuwało się w sercach.

Działalność nieprzyjaciela powietrznego ograniczyła się w tym okresie do kilku przelotów samolotów rozpoznawczych. Były to FW-187 tak zwane rama - typowy niemiecki rozpoznawczy samolot i Ju-88 bombowiec z przystosowaniem do lotów rozpoznawczych. Do jednego z nich trzecia bateria otworzyła ogień. Było to naprawdę piękne strzelanie. Samolot “szedł” na wysokości około 7000 m i równiutko na nim układały się dymki rozprysków baterii. Samolot wprawdzie nie został zestrzelony, ale więcej go w tym dniu nie widzieliśmy.

Wreszcie doczekaliśmy się i my upragnionego wyjazdu. Jeden z transportów stojących na stacji był przeznaczony dla nas. Cały ciężar ładowania amunicji i zaopatrzenia dywizjonu spadł na barki trzeciej baterii. Pluton PKM i nasza bateria w ostatniej chwili zostały ściągnięte ze stanowisk i załadowane na transport. Załadunek odbył się nadzwyczaj sprawnie, po południu byliśmy gotowi do odjazdu. Osłonę transportu jak zwykle organizowała pierwsza bateria i pluton PKM.

Transport uszykowany był, zaczynając od parowozu w następującym porządku: w pierwszych wagonach jechał sprzęt baterii trzeciej, na czwartym wagonie stało moje działo, za min samochody i ciągniki oraz reszta sprzętu baterii trzeciej. Na samochodach tuż za moim działem przygotowane były do boju dwa karabiny maszynowe. W środku transportu jechały wagony z amunicją, żywnością i benzyną, dalej oficer dyżurny i sztab, wagony trzeciej baterii, kwatermistrzostwa i pozostałych plutonów naszej baterii. Na końcu jechały pozostałe trzy działa baterii pierwszej poprzedzielane wagonami ze sprzętem i wagony z samochodami, na który byty rozmieszczone pozostałe dwa karabiny maszynowe.

Piszę o tym może zbyt dokładnie, ale takie właśnie uporządkowanie transportu zrobiło nam dużo kłopotu po nalocie w Darnicy. Palące się wagony i rozrywająca się amunicja uniemożliwiły ratowanie rannych i sprzętu oraz poruszanie się wzdłuż transportu.

O godzinie 18:00 28 marca 1944 roku pociąg nasz ruszył w drogę na front. Dni były już dużo dłuższe, to i dłużej wypadało nam dyżurować przy działach. Ale teraz to już nie było to takie przykre, a przeciwnie, z przyjemnością chodziliśmy na platformy. Tym bardziej, że nazajutrz rozpoczęło się znów szkolenie, z którego woleliśmy urywać się na dyżury. Z każdym dniem wiosna była bardziej zaawansowana, co nasuwało nam wniosek, że poruszamy się w kierunku południowym, względnie poludniowo-zachodnim. Rzeczywiście i tak było, bo marszruta prowadziła przez Rostow, Briańsk, Konotop, Kijów.

Tu krajobraz zmienił się zasadniczo. Jechaliśmy przez duże połacie leśne, gdzie widać było już ślady okupacji w postaci wyrąbanych szerokich pasów wzdłuż torów kolejowych, co miało uniemożliwić działanie partyzantki. Spotykaliśmy zniszczone wioski i miasteczka, wraki czołgów i innego sprzętu pozostawionego na polach. Po drodze mijały nas transporty załadowane zdobytym na nieprzyjacielu sprzętem bojowym, mocno zniszczonym i podziurawionym. Na jednej stacji z takiego transportu zaopatrzyliśmy się w karabiny, pistolety maszynowe oraz amunicję. Urządziliśmy sobie w czasie jazdy ostre strzelania, oczywiście bez wiedzy oficerów. Im dalej posuwaliśmy się na zachód, tym więcej spotykaliśmy po drodze rozbitych czołgów, porzuconych samochodów, widoczne ślady świeżo odbytych walk. To wszystko świadczyło o tym, że zbliżamy się do frontu.

W południe 7 kwietnia transport nasz zatrzymał się na stacji towarowej Darnica, gdzie wydano nam obiad i po krótkim wypoczynku wieczorem mieliśmy przedostać się na drugą stronę Dniepru i dojechać do Kijowa. W Darnicy wiosna była już widoczna na każdym kroku. Śniegu nie było ani śladu, pączki drzew i krzewów już nabrzmiały i lada dzień miały wypuścić młode listki. W nocy jednak mróz jeszcze królował, wprawdzie nieduży, ale kałuże pokrywały się cieniutkim lodem.

[ Do spisu treści ]

 

3. Darnica

Nic nie zapowiadało, by noc na 8 kwietnia 1944 roku miała różnić się jakiś sposób od innych nocy, by upamiętnić się miała jakimiś niezwykłym wydarzeniami. Stacja kolejowa w Darnicy (obecnie dzielnica Kijowa) zawalona była wojskowymi transportami, miedzy którymi stał i nasz polski transport. Wszyscy czekali na swoją kolej przeprawy przez Dniepr po prowizorycznym pojedynczym torowisku do Kijowa i dalej do stacji przeznaczenia.

Był piękny, słoneczny dzień, gdzieniegdzie leżały resztki brudnego śniegu. Na razie powiadomiono nas, że wolno wysiadać z wagonów, że zostanie zmieniony parowóz.

Była to bardzo pożądana przerwa w nużącej podróży, toteż ludzie ochoczo wysypali się z wagonów i jak to zwykle bywa na każdym dłuższym postoju, zabrali się do mycia, podszywania kołnierzyków, czyszczenia butów i do setek innych drobiazgowych czynności żołnierskich. Dyżurny oficer wraz z komendantem transportu wysiedli i poszli dowiedzieć się, jak długo potrwa postój. Zawiadowca stacji poinformował ich, że wkrótce pociąg odjedzie na stację rozładowczą za Dnieprem, gdyż Darnica była często bombardowana przez lotnictwo nieprzyjaciela. Zawiadowca stacji zdenerwowany dwoił się i troił czyniąc wszystko, by jak najprędzej “odkorkować” stację i puścić transport w dalszą drogę. Nie było to jednak łatwe i mimo jego wysiłków postój się przedłużał.

Po południu ogłoszono alarm przeciwlotniczy, który działał na żołnierzy niczym kubeł zimnej wody. Nieprzyjaciel nie zapomniał o Darnicy, wysuwał owe rozpoznawcze maski. Nad Darnicą przeleciały dwa samoloty FW-187 (rama) na wysokości ponad 7000 m, wykonały zakręt i odleciały na zachód pozostawiając za sobą dwie długie białe smugi, które jeszcze długo oznaczały ich bytność. Były, to samoloty rozpoznawcze, których pojawienie się nie wróżyło nic dobrego. Artyleria przeciwlotnicza ognia do nich nie prowadziła, leciały poza jej zasięgiem.

W związku z tym wydano zarządzenia dotyczące wzmożenia gotowości bojowej i wprowadzono całodobowe dyżury na sprzęcie w gotowości do otwarcia ognia. Działon pierwszy miał pełnić dyżur do godziny 24.00, a następnie od 4:00 do 8:00 w dniu 8 kwietnia.

Już od wieczora działon mój znajdował się na platformie przy armacie, którą przygotowaliśmy do strzelania. Mieliśmy przygotowane i załódkowane dwie skrzynie amunicji, tj. 60 sztuk, której wystarczyło na prowadzenie ognia do jednej minuty. Jak już wspomniałem pierwszy działon był rozmieszczony z przodu transportu, opodal na platformie załadowane były samochody, na skrzyniach których stały przygotowane do strzelania WKMy z dyżurnymi obsługami. Pozostałe armaty baterii znajdowały się w ogonie transportu, również przygotowane do prowadzenia ognia z platform.

W działonie dawało się wyczuć jakieś podniecenie potęgowane faktem zatrzymania transportu na stacji. Najbardziej denerwował się kanonier Makuchowski, jakby przeczuwając, że dzisiaj w nocy stanie się coś niedobrego. Jedynie Górski pocieszał nas wszystkich mówiąc, że “Leviony” nie są takie straszne (groźne), w Hiszpanii tyle ich było a on żyje.

Ale Makuchowski nie uspokoił się, a zdenerwowanie jego wzrosło, gdy dowiedział się od żołnierzy stałej obrony przeciwlotniczej stacji, że był to już drugi rozpoznawczy lot tego dnia. Znaczyło to, że Niemcy interesowali się węzłem Darnicy, świadczyło to również, że ewentualny nocny postój zakończyć się może bombardowaniem.

Słońce chyliło się ku zachodowi, nadchodził zmrok a polski transport, mimo dalszych interwencji u zawiadowcy stacji, nie ruszał się z miejsca, wobec zaś ogromnego nagromadzenia innych pociągów, nic nie zwiastowało rychłego odjazdu.

Kilka pociągów wprawdzie odjechało, lecz na ich miejsce wtoczyły się następne. Od strony Kijowa przyjechał transport z poborowymi do Wojska Polskiego jadący do SUM. Wszystkie pociągi zapchane były sprzętem, materiałami bojowymi i ludźmi. Stały one rzędami zajmując wszystkie tory.

Możliwość nocnego postoju i nocnego nalotu niepokoiła również por. Kanonienkę, dowódcę baterii. Jeszcze przed zapadnięciem ciemności odbył on odprawę z dowódcami i zastępcami dowódców plutonów. Ustalił zwiększenie gotowości bojowej baterii, dyżury działonów i polecił chor. Tatarskiemu objąć dowództwo baterii, ponieważ sam miał służbę oficera dyżurnego, a następnie ustalono, że na wypadek alarmu por. Rekuć - dowódca 1. plutonu uda się do tyłu transportu, a plutonowy Pajasek znajdować się będzie przy pierwszym dziale w przodzie pociągu. Kanonienko wydał rozkaz sprawdzania dział i amunicji, wzmożenia obserwacji. Przypomniał o rozpoznaniu nieprzyjaciela, nakazał współdziałanie ze stałą obroną stacji - radzieckimi pułkami przeciwlotniczymi stojącymi w obronie mostów na Dnieprze i stacji Darnicy. Tuż opodal naszej platformy przy torach kolejowych stał okopany sprzężony przeciwlotniczy karabin maszynowy obsługiwany przez “dziewuszki” - żołnierzy Armii Radzieckiej.

Pomimo to większość żołnierzy poddało się beztroskiemu nastrojowi, ogarniającemu wieczorem całą stację. Pomiędzy długimi, ciemnymi sznurami pociągów rozlegały się wielojęzyczne glosy, dźwięczały piosenki ukraińskie, rosyjskie, gdzieś z tylu zaciągała rzewnie harmonia, grupa Gruzinów i Kozaków demonstrowała swoje tańce przy akompaniamencie charakterystycznych instrumentów i bębenków “asa-asa”.

Rzecz jasna, że Polacy nie pozostali bezczynni, że wzięli żywy udział w zabawie. Ogniomistrz święcił prawdziwe triumfy swym doskonałym graniem, kilka chóralnych, rozłożonych na glosy piosenek polskich zdobyło sobie powszechne uznanie.

Siedząc przy armacie do późnych godzin słuchaliśmy tych śpiewów i wesołego gwaru niefrasobliwej żołnierskiej zabawy. Któż przypuszczać mógł wtedy, że w kilka godzin później nad Darnicą rozpęta się piekło ognia, że wiele z tych roześmianych młodych twarzy zgaśnie na zawsze w objęciach śmierci ?! A jednak mimo pozorów nastrój ten mącony był przeważnie u bardziej doświadczonych i rozważniejszych żołnierzy, narastającą nutą niepokoju. Nie zapomnieli oni o rozpoznawczym południowym locie.

Dyżurne obsługi dział i WKMów tkwiły na owych stanowiskach, inni poczęli powoli szykować się do snu.

Po godzinie 10:00 wieczorem było już spokojnie i cichły ostatnie odgłosy. Zostało nam jeszcze niecałe dwie godziny do zakończenia dyżuru. Poczęliśmy wspominać swych najbliższych, gawędzić o wszystkim, staraliśmy się naprawiać zepsuty humor. Na zakończenie przeszliśmy na temat jedzenia. Zaczęto się licytować w pomysłach, co by kto teraz zjadł, wymyślaliśmy najrozmaitsze potrawy. A ktoś zaczął głośno myśleć: Jak przyjdę do domu na urlop, zapukam w drzwi, Mama otworzy i krzyknie “JANEK”, rzuci się mnie witać. A ja powiem - Mamo, jeść i dopiero potem serdecznie przywitam się.

Przed północą zauważyliśmy ogień artylerii przeciwlotniczej w kierunku Fastowa oraz głuche wybuchy dalekich bomb. Kilka bliższych ogni, gdzieś za Kijowem, świadczyło, że lotnictwo nieprzyjaciela było czynne.

O godzinie 12:00 w nocy oficer dyżurny zarządził zmianę dyżurów działonów. Szybko rozładowaliśmy armatę, nakryliśmy pokrowcem i biegliśmy do wagonu. Już bardzo chciało się spać. Do spania nie rozbieraliśmy się, zdjęliśmy tylko buty. Ja również zdjąłem mundur bo był za bardzo dopasowany i na koszulę włożyłem fufajkę. W kieszeni munduru miałem parę zdjęć najbliższych i ostatnie listy od Mamy z dalekiego Kazachstanu. Zastanawiałem się, czyżby nie schować je do kieszeni fufajki. Zostawiłem je jednak w mundurze i więcej ich już nie widziałem - spaliły się razem z wagonem. W wagonie było ciepło i przytulnie, po ścianach igrały odblaski palącego się w piecyku drzewa. Zmęczony usnąłem. Cisza i spokój wiosennej nocy.

Zbudziło mnie silne kotłowanie do drzwi wagonu i głośny krzyk “ALARM!”. Pierwsza bateria i PKM-y do dział.

Ludzie zrywali się z posłań, ubierali się w niesamowitym tempie. Wyskakiwali z wagonów, biegali wzdłuż transportu, do dział i karabinów maszynowych.

Słowo “ALARM” jak magnez postawiło i mnie na nogi. Szybko wciągnąłem buty, chwilę zastanawiałem się czy włożyć mundur i wziąć automat, ale zrezygnowałem myśląc, wrócę po alarmie, a teraz prędzej. Wyskoczyłem z wagonu jeden z pierwszych. Biegłem co sił naprzód gdzie na platformie stała nasza zenitówka. W tym podnieceniu dobiegłem aż do parowozu, nie zauważyłem swojej armaty. Pędem nawróciłem z powrotem, wskoczyłem na platformę, gdzie przybiegli Janczyszyn, Makuchowski, Dedyk i pozostała obsługa. Szybko zrzuciliśmy pokrowiec, a obsługa bez komendy wskoczyła na działo. Kanonier Górski już podawał amunicję i komenda “Ładuj” zaledwie zdążyła wyprzedzić ładowniczego.

Nad stacją Darnica rozległy się charakterystyczne odgłosy nieprzyjacielskich silników, obładowane bombami samoloty nadciągały na cel. Najgorsze są te pierwsze chwile przed akcją, gdy człowiek wyrwany z głębokiego, spokojnego snu, staje oko w oko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, gdy opanować musi w sobie zwierzęce pragnienie ucieczki...

Nad Darnicą powoli zataczały kręgi samoloty wyrzucające “żyrandole”. Na ciemnym niebie błyskają różnokolorowe choinki, oświetlających bomb, dostojnie opadających na spadochronach, a z dołu gdzieniegdzie wystrzeliwują ostre świetliki przeciwlotniczych pocisków. Strzelały już 37 mm armaty i karabiny maszynowe. Wyraźnie widać basowe dudnienie baterii 85 mm, których salwy rozchodziły się echem wśród kwietniowej nocy. Tu i ówdzie rozdzierały ciemności silne, kilkumetrowej długości promienie reflektorów przeciwlotniczych.

Od czasu do czasu w świetlne ich połyskiwały stalowe cielska Junkersów, które chcąc pozbyć się zdradzieckiego światła, wykonywały ewolucje bojąc się “ukłuć” reflektorów.

W tym czasie gdy z tyłu pociągu dowódca baterii podawał komendy, a działony prowadziły ogień, u nas na przodzie pociągu panował względny spokój. Ten złowrogi, straszny spokój został wyparty ostrym warkotem samolotu, nad działem rozwinęły się trzy bomby oświetleniowe, zielonkawym ostrym blaskiem oświeciły wszystko dookoła. Zrobiło się widno jak w dzień.

-Cel: bomba w dół 10, w lewo 5 - OGNIA! - Podałem mechanicznie komendę. Działo milczało. -OGNIA! - krzyknąłem powtórnie. Znów cicho. Co się stało? Czy w pośpiechu nie odbezpieczono armaty, czy mechanizm spustowy się zaciął, a może w magazynie łódka się zacięła - przemknęło w myślach jak błyskawica. Na ustalenie przyczyny nie było czasu. Właśnie nadbiegł plut. Pajasek, zastępca dowódcy plutonu. Wraz z nim zajęliśmy miejsce celowniczych, on w kierunku, ja w położeniu. Naprowadziliśmy armatę na najbliższą bombę i oddaliśmy krótką serię. Armata dźwięcznie zarechotała, zrobiło się raźniej. Uciekł gdzieś strach, zrodziła się nieodparta chęć strzelania, zniszczenia wszystkiego co w górze, wszystkiego co warczy i tak przeraźliwie świeci. Starałem się jak najdokładniej podprowadzić krzyż przeziernika na bombę, tak jak nas uczono, w środek małego krzyża. Nic nie czułem innego, nic nie słyszałem, całą swoją uwagę skupiłem na tym znaku krzyża i bombie, czułem że od tego zależy wszystko.

Raptem w oświetleniu reflektorów z ciemności wyłoniło się wielkie cielsko Junkersa. Było to tak nagłe. Błyskawicznie przenieśliśmy ogień w jego kierunku. Czułem się jak na ćwiczeniach tam w Sielcach, spokojnie przycelowaliśmy i oddaliśmy długą serię. Ogień, dym wystrzałów przysłoniły nam obserwację, ale okrzyk sąsiedniego karabinu maszynowego “Dostał!”, “Dostał!” potwierdził, że nasza seria była celna. Ostatecznie potwierdziło się wszystko dopiero później w dzień, gdy chodziliśmy obejrzeć leżące opodal szczątki olbrzymiego Junkersa. Wtedy nawet nie mogliśmy się cieszyć. Znów przenieśliśmy ogień na najbliższe bomby oświetlające. Wycelowaliśmy do najbliższej, ale szczęk zamka i brak wystrzału oznajmił, że armata się zacięła. Szybkie oględziny magazynku wykazały, że źle włożona łódka z nabojami zaklinowała się i nie można było dosłać kolejnego pocisku do komory nabojowej. Zacięcie było tak silne, że rozładowaczem nie można było nic zrobić. Dopiero siekierą wybite pociski umożliwiły usunięcie zacięcia.

Ale nad stację napływała nowa grupa bombowców, w powietrzu znów słychać świst śmiercionośnych ładunków. Rozpoczyna się kolejny morderczy atak. Na stację spadają dziesiątki bomb, płonął zabudowania i rozbite wagony. Ani na chwilę nie milkną silniki samolotów, ani na chwile nie milkną wybuchy bomb. Jeszcze nie oddaliśmy serii do nowych celów, gdy wręczyciel Górski krzyknął - Brak amunicji!

Rzeczywiście magazyn tylko do połowy załadowany amunicją - została jedna krótka seria. Poleciłem kanonierom Kalince i Jaszczyszynowi aby szybko z wagonu amunicyjnego przynieśli amunicję. Chłopcy pobiegli wzdłuż wagonu i szybko zniknęli.

Byliśmy unieruchomieni, bomby spadały coraz gęściej. Zsunęliśmy się pod wagon. Wtedy dopiero doszło do naszej świadomości, że wokół nas rozszalało się prawdziwe piekło. Dym, świst, bomby padają obok nas. Przyciskamy się do ziemi. Od czasu do czasu nic nie widać. Sypie się ziemia i odłamki, krzyczą ranni. Znów podnoszę głowę i widzę jak wybuchają kolejno fontanny od serii bomb zbliżając się do nas. Nie wytrzymuję, chowam głowę, ale jeszcze żyję, w serii były tylko trzy bomby, bo ta czwarta byłaby na pewno naszym grobem. Leżymy przytuleni do siebie, a wagon nad nami co pewien czas przetacza się z łoskotem to w jedną, to w drugą stronę.

Znów świst i grzmot bomb, który zamienił się w ciągły huk. Głuchniemy. Najgorszy ten mdły zapach spalonych ludzkich ciał, coraz większy swąd i większy strach. Palą się wokół nas wagony.

Jak długo tak leżeliśmy trudno powiedzieć. Wydawało się, że upłynęły wieki. Wtem wszystko ucichło. Trudno było uwierzyć, że to się skończyło. Jeszcze chwilę odczekaliśmy i po kolei wygramoliliśmy się spod wagonu. Stację darnicką ogarnęły ciemności oświetlane palącymi się wagonami i od czasu do czasu przerywał tę ciszę huk i błysk wybuchającej bomby z zapalnikiem czasowym. Zewsząd dochodziły jęki rannych, modlitwy i przekleństwa splatały się w jedną całość. Dookoła pełno zabitych i rannych. Dowiedzieliśmy się później, że Żołnierze trzeciej baterii siedzieli w wagonach, mieli rozkaz nie wychodzenia na zewnątrz, to samo dotyczyło i żołnierzy radzieckich z sąsiednich transportów. Po pierwszych bombach część żołnierzy poczęło wyskakiwać z wagonów na jedną i drugą stronę stacji. Wyglądało to jakby ktoś wsadził kij w mrowisko. W tym czasie posypały się bomby, a część samolotów poczęła ostrzeliwać uciekających ze stacji. Później nasze działa umilkły, jednym zabrakło amunicji, inne zostały zniszczone. Było bardzo dużo zabitych. Szef trzeciej baterii ogniomistrz Balcer, instruktor chemiczny naszej baterii, mój pierwszy dowódca działonu kapral Przybysz, dalmierzysta trzeciej baterii, moi koledzy z drugiego działonu i wielu innych, z którymi jeszcze wczoraj razem byliśmy w jednym szeregu.

Pierwszą czynnością było odnalezienie najbliższych, obsługi działonu, którego byłem dowódcą. Przy sprawdzeniu okazało się, że brak jest kanoniera Katlinki. Jaszczyszyn zdążył wrócić z jedną skrzynką amunicji. Pobiegliśmy gęsiego wzdłuż rozbitego naszego transportu w kierunku wagonu z amunicją. Już wkrótce natknęliśmy się na leżącego Kolinkę, obok leżała rozsypana skrzynka amunicji. Kolinka jęczał. Czerwony blask łuny oświetlał jego szarą twarz. Zaczęliśmy go rozpinać. On jęczał i szeptał, “Zimno”, “Bardzo zimno”. Gdy zsunęliśmy spodnie zobaczyłem całe pośladki posiekane odłamkami, z ran płynęła krew. Wyciągnąłem opatrunek pierwszej pomocy i chciałem wszystko zrobić tak jak mnie uczono w Sielcach. Ale tam były dziesiątki ran, nikt z nas nie potrafił i nie mógł nic zrobić, nic absolutnie zaradzić. Huknąłem na chłopców, żeby przynieśli pokrowiec z armaty, a z Jaszczyszynem z trudem ubraliśmy go otulając, żeby miał jak najcieplej. Zanieśliśmy go na pokrowcu do najbliższego przejazdu kolejowego, przez który jechały już pierwsze sanitarki radzieckie. Zatrzymaliśmy chyba drugą i oddaliśmy Kolinkę sanitariuszkom. Byliśmy dobrej myśli, ale los nie zawsze jest dobry. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że Kolinka - żołnierz pierwszej baterii umarł w szpitalu. Wróciliśmy do naszego transportu, tu już rozpoczęła się ewakuacja rannych, gaszenie pożarów i ratowanie sprzętu i zapasów. Po drodze biegliśmy koło miejsca, gdzie kiedyś stał nasz parowóz. Aż trudno wyobrazić, że zamiast lokomotywy został tylko olbrzymi lej, w którym na boku leżała reszta tendra (zbiornik na wodę i węgiel), a szyny były tak powykręcane, że stwarzały wrażenie kłębka skręconych drutów pozostawionych w miejscu torów kolejowych.

Pierwsze zadanie jakie otrzymaliśmy, to ratowanie wagonów z paliwem i żywnością. Wagony te usytuowane były gdzieś w środku transportu z wagonem amunicyjnym, który paląc się powodował od czasu do czasu głuche wybuchy rozrywającej się amunicji. Trzeba było odczepić palący się wagon z amunicją od wagonu z paliwem. To ponad ludzkie zadanie wykonywali żołnierze samorzutnie, bez komend i dowodzenia. Tu na każdym kroku przejawiała się wielka odwaga, hart i serdeczna koleżeńskość. Pamiętam jak w czasie gaszenia wagonu z amunicją ludzie musieli podchodzić jak najbliżej źródła ognia, nie bano się wybuchów, po prostu nikt na to nie zwracał uwagi. Przy ewakuowaniu wagonu z żywnością rozbudził się we mnie piekielny apetyt, dostał mi się bochen chleba i kostka masła, które ze strasznym apetytem zjadłem tu w środku tego piekła.

Zaczęło świtać. Teraz dopiero można było zobaczyć jakich strasznych zniszczeń dokonały bomby. Na tej małej stacyjce rozbitych tyle transportów. Doły i leje dookoła utrudniały możliwość poruszania się. Nasz transport chyba ucierpiał najbardziej, cały trzeci działon przestał istnieć, drugi zniszczony prawie całkowicie. Zwłoki ładowniczego z tego działa wiszą na przewróconej armacie zaczepione na pasie. Czwarte działo spalone, część obsługi żyje, są ranni, a lufa wygięta jak kawał starego drutu jak na ironię górowała nad innymi wagonami. Większość wagonów krytych spalona, z naszego wagonu prawie nic nie zostało, mój mundur, automat, rzeczy osobiste spalone.

Polecono nam zbierać rannych i zabitych. Duża grupa żołnierzy pod kierownictwem naszego lekarza ppor. Kasztelańskiego i sanitariuszy bez przerwy zajmowała się ratowaniem rannych znosząc ich opodal w doraźnie wybrane miejsce.

Na sąsiednim torze kpt. Zawadzki z kan. Stawiarzem i innymi żołnierzami wydobywali z płonących kostek siana rannych żołnierzy radzieckich. Spod wałów żelastwa, z dołów i rowów wydobywaliśmy rannych i zwłoki zabitych. Niedaleko torów w rzadkim sosnowym lesie zdecydowano pochować zabitych. Polecono pogłębić i poszerzyć duży lej po bombie i we wspólnej mogile chowaliśmy bohaterskich żołnierzy. To byty najstraszniejsze chwile. Twarze żołnierzy były skupione i groźne, panowała głucha cisza, od czasu do czasu brzęknęła o kamień łopata, którą zasypywano towarzyszy broni żółtym piaskiem, takim jak ten w kraju na Wisłą. Ceremoniał bardzo prosty. Nie ma zbiórki, nie stoją szeregi. Stoją wszyscy wokół wspólnej mogiły z opuszczonymi głowami i słuchają ostatnich słów pożegnania. Z-ca dowódcy baterii ds. politycznych, a teraz pełniący obowiązki dowódcy baterii chor. Tatarski polecił mi zebrać chłopców i po przemówieniu oddać serię honorową. Przygotowaliśmy działo do strzelania i z platformy wagonu żegnaliśmy naszych najbliższych. Chcieliśmy bardzo, żeby ten ostry odgłos strzałów słyszeli wszyscy ci, którym ślubowaliśmy tu na grobem, żołnierzy l. dywizjonu, pomścić naszych kolegów.

Żołnierze 1. dywizjonu przeciwlotniczego dotrzymali danego słowa. Przez cały swój szlak bojowy biegnący przez Zytomierz, Kiwerce, Magnuszew, Warszawę i Wał Pomorski aż po Łabę dzielnie bili wroga, niszczyli jego Junkersy, Fockewulfy, Messerschmity pamiętni danego przyrzeczenia.

Straszliwa wojna wciąż trwała.

Dowódca dywizjonu mjr Sokołowski ze sztabem przystąpili do odtwarzania gotowości bojowej. Był późny wieczór 8 kwietnia - Wielki Piątek gdy powoli transport nasz ruszył i potoczył się przez Dniepr do miejsca rozładunku. Nie było komendy, nie było zaleceń, ale wszystkie głowy zwrócone były tam w kierunku tych sosen pod, którymi zostawiliśmy naszych towarzyszy, tych którzy już nie wrócą na nadwiślańskie piaski.

W Kijowie transport zatrzymano, podciągnięto do bocznicy, na której rozładowaliśmy pozostały sprzęt i technikę bojową. Dalej marsz mieliśmy kontynuować na kolach. Kolumna pierwszej baterii bardzo się skróciła. Pozostało w pełni tylko moje działo oraz uszkodzone działo czwartego działonu. Dwa pozostałe działa zostawiono w tyłach dywizjonu jako nienadające się do remontu. Bateria trzecia miała uszkodzony przelicznik, co całkowicie eliminowało prowadzenie ognia do celów powietrznych. Sprzęt plutonu PKM najmniej ucierpiał mimo poniesionych dużych strat w ludziach.

Dywizjon (bez drugiej baterii) został ześrodkowany w rejonie wsi Trojanowo-Sinogóry. Tu nie otrzymaliśmy żadnego zadania bojowego do osłony obiektu, tu należało uzupełnić straty, przeprowadzić remonty sprzętu, przeszkolić nowych żołnierzy i zgrać ich do dalszych działań. Mimo nie pełnej gotowości bojowej pierwsza bateria zajęła ugrupowanie bojowe w rejonie Trojanowa. Parę kilometrów dalej ugrupowano trzecią baterię i pluton PKM.

W baterii zostały dwa działony, w tym jeden mój z niepełną obsługą (brak było Kalinki) i czwarty działon, którego obsługę stanowili pozostali przy życiu kanonierzy. Po kilku dniach wykopaliśmy poszczególne elementy ugrupowania i przystąpiliśmy do szkolenia bojowego. W tym czasie druga bateria, która została skierowana jednym z pierwszych transportów do rejonu Żytomierza, osłaniała stację wyładowczą korpusu. W Trojanowie nastąpiły zasadnicze zmiany w obsadzie stanu osobowego dywizjonu.


Armata 37 mm z obsługą.
Armata 37 mm z obsługą. Po lewej - kpr. Stanisław Dębniak. Zdjęcie wykonane w Trojanowie (15 km na zachód od Kijowa) 12. IV 1944 r.

Pierwszą z nich było wysłanie piętnastoosobowej grupy żołnierzy do oficerskiej szkoły artylerii przeciwlotniczej w Gorkirm nad Wołgą. Nie było to takie łatwe w tej sytuacji w jakiej znajdował się po bitwie dywizjon. Brak ludzi uniemożliwił dobór tylu kandydatów. Jednym ze “szczęśliwców” byłem ja. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie byłem z tego zadowolony. Mimo bliskiej perspektywy dostania się na ziemię polską, z radością przyjąłem decyzję o wyjeździe do szkoły.

Drugą zasadniczą zmianą w dywizjonie było wysłanie grupy oficerów do Sum celem formowania nowych jednostek artylerii przeciwlotniczej. Na czele tej grupy odszedł z dywizjonu jego dowódca mjr Sokołowski, wraz z nim odeszli: kpt. Bialorus, kpt. Orepowski, ppor. Filipowicz, Sosinowicz i inni. W związku z tym dowództwo dywizjonu objął dotychczasowy szef sztabu porucznik Witkowski, część oficerów była mianowana na wyższe stanowiska. W pierwszej baterii również zaszły duże zmiany. Dowódca baterii zginął w Darnicy, dowódca plutonu ppor. Rekuć, ciężko ranny (utracił wzrok) został w szpitalu. Porucznik Bartvienko odszedł do sztabu dywizjonu. Baterią dowodził jej zastępca ds. politycznych chor. Tatarski. Pierwszy działon przekazałem bombardierowi Makuchowskiemu, który dowodził min do końca wojny. Trzecią wielką zmianą było przybycie uzupełnienia do poszczególnych pododdziałów i sztabu dywizjonu. Po tych zasadniczych zmianach personalnych rozpoczęło się znów intensywne szkolenie i przygotowanie 1. samodzielnego dywizjonu artylerii przeciwlotniczej do dalszego marszu na zachód. Gorzej było z zaopatrzeniem w sprzęt. Pierwsza bateria ostatecznie otrzymała z remontu jedno działo i jedno z nowo organizujących się oddziałów w Sumach. Trzecia bateria musiała długo czekać na nowy przelicznik i dopiero pod Warszawą została ukompletowana całkowicie.

[ Do spisu treści ]

 

4. W szkole oficerskiej

Jak już wspomniałem powyżej, grupa kandydatów do oficerskiej szkoły w Gorkim miała liczyć 15 ludzi. Szef sztabu por. Witkowski osobiście zajął się przygotowaniem i wyprawieniem grupy. Aby skompletować umundurowanie zbierano mundury, płaszcze, buty z całego dywizjonu, ponieważ w Darnicy większość sortów mundurowych uległa zniszczeniu.

Mnie osobiście oprócz pistoletu maszynowego i maski spalił się mundur i płaszcz. Mundur dobrałem jakiś znośny, ale z płaszczem było trudniej. Ostatecznie dobrałem płaszcz jednego z rannych, był jeszcze cały zakrwawiony i do tego przykrótkawy.

Dowódcą naszej grupy został mianowany jeden z kandydatów do szkoły sierż. Nowak, który miał nami się opiekować w czasie odjazdu i nauki aż do powrotu.

Kandydaci byli bardzo zróżnicowani pod względem wykształcenia. W zasadzie wszyscy mieli podstawowe wykształcenie, większość miała ukończonych parę klas gimnazjum. Niektórzy kandydaci byli Polakami pochodzącymi ze Związku Radzieckiego - takich było sześciu. Po wojnie wrócili oni do Związku Radzieckiego. Między innymi byli to: sierż. Nowak, sierż. Koszajed, kanonierzy - Tetera, Sitnicki i inni. Pozostali byli Polakami, którzy podczas zawieruchy wojennej znaleźli się w Rosji.

20 kwietnia zebrano nas wszystkich przed sztabem dywizjonu, gdzie por. Witkowski krótkimi słowami podziękował za służbę, a następnie żegnając nas życzył osiągnięć w szkoleniu i powodzenia w podróży. Później ciężarowym wozem odjechaliśmy do Kijowa żegnając dywizjon na zawsze, ponieważ żadnemu z nas nie było już sądzone do niego powrócić.

Z Kijowa do Gorkiego jechaliśmy przez Moskwę. Podróż odbyliśmy w towarowych wagonach przystosowanych do przewozu ludzi. Tego rodzaju wojaże nie męczyły nas, ponieważ zdążyliśmy się już do nich przyzwyczaić. Na dworcu w Gorkim czekał na nas autobus, którym zajechaliśmy do koszar gdzie mieściła się Oficerska Szkoła Artylerii Przeciwlotniczej - cel naszej podróży.

Od momentu przybycia do szkoły opiekował się nami st. lejtnant Dudow. Dudow zaprowadził nas na salę, gdzie znajdowało się parę stołów i większa ilość krzeseł, na których z przyjemnością rozsiedliśmy się, ponieważ na uczciwym krześle dobre parę lat się nie siedziało. Starszy lejtnant Dudow przedstawił się i poinformował nas, że jest wyznaczony przez komendanta szkoły na naszego dowódcę plutonu. Dudow był raczej małego wzrostu, blondynem, bardzo sympatycznym i nadzwyczaj spokojnym i taktownym. Przez cały okres pobytu w szkole nie pamiętam, żeby kiedyś wybuchnął mimo to, że różnie układało się w plutonie. Po przedstawieniu się oznajmił nam, że musimy przejść tygodniową kwarantannę, a potem przystąpimy do nauki. To się nam wybitnie nie podobało. Przez sierżanta Nowaka przekazaliśmy nasze niezadowolenie dowódcy plutonu, który obiecał przedstawić je komendantowi szkoły. Dowódca plutonu kazał nam się umyć i ogolić, następnie wyprowadził nas na olbrzymi teren szkoły, gdzie zaznajomił nas z rozmieszczeniem poszczególnych bloków i pomieszczeń. Szkoła zajmowała bardzo duży teren, na którym oprócz zasadniczych budynków było piękne boisko sportowe, duży park artyleryjski i duży plac alarmowy. Od frontu stał piękny blok komendy szkoły i II-go dywizjonu.

Najbardziej interesował nas park artyleryjski, w którym był zebrany różnorodny sprzęt artylerii przeciwlotniczej jak armaty 76 mm z przyrządem centralny PG-2, 85 mm z przyrządem centralnym PC-3, 37 mm armaty, 25 mm oraz amerykańskie 37 mm i 40 mm armaty z automatycznym naprowadzaniem. Najbardziej interesowały nas stacje radiolokacyjne - kanadyjski SON-3K i SON-2. Tymczasem były to dla nas wielkie tajemnice. Nie mam tu na myśli “tajemnicy”, że przed nami ukrywano ten sprzęt, wręcz przeciwnie pokazywano i wyjaśniano wszystko.

Obiad zjedliśmy z wielkim apetytem, ponieważ w drodze różnie było z jedzeniem, a o jakimkolwiek kupnie jedzenia poza oficjalnym zaprowiantowaniem mowy nie było. Bo też i pieniędzy nie mieliśmy i kupić nie można było, ponieważ wprowadzony był wszędzie system kartkowy. Po południu Dudow oznajmił nam, że komendant szkoły przyjdzie dzisiaj zaznajomić się z nami. W tym czasie komendantem był pułkownik Nabojkin.

Był on “postrachem” całej szkoły. Czy był już taki groźny, żeby się go bać to chyba przesada ale, że był nadzwyczaj wymagający i lubił porządek i czystość to było oczywiste. Zresztą w mojej pamięci pułkownik Nabojkin został wzorem oficera i dowódcy. Przyjemnie patrzeć było na jego prostą, sprężystą sylwetkę, na jego “obcianutoje” umundurowanie. Mówił krótko, konkretnie jakby wydawał rozkazy.

Decyzja jego o spotkaniu z nami narobiła trochę szumu. Zjawił się kwatermistrz szkoły, jacyś inni oficerowie, zaczęły się porządki i próby z przygotowaniem nas do meldunku. Spotkanie było krótkie i ograniczyło się do kilku zdań pułkownika Nabojkina mniej więcej tej treści: Zameldowano mu, że mamy pretensje odnośnie kwarantanny. Musimy pamiętać o tym, że to szkoła i nie może być mowy o jakichkolwiek pretensjach. Tutaj trzeba robić to co każe komenda szkoły.

Następnie komendant oznajmił, iż zostaniemy skierowani do gospodarstwa rolnego szkoły, gdzie mamy odbyć kwarantannę a w między czasie może przyjdą dokładniejsze dane z naszego wojska odnośnie dalszego wyszkolenia. Na tym spotkanie skończyło się. Na drugi dzień rano samochodem GAZ-AA pojechaliśmy na “podsobnoje chaziajstwo”. Tu przebywaliśmy około tygodnia. Pracowaliśmy przy gospodarstwie i w polu. Do szkoły wróciliśmy z wielką ulgą. Mimo to, że na gospodarstwie było całkiem nieźle. Do szkoły wracaliśmy z radością, aby rozpocząć zasadniczą naukę.

Po powrocie spotkaliśmy się z zupełnie innym przyjęciem. Wszystko było zawczasu przygotowane. Przydzielono nasz pluton do drugiej baterii pierwszego dywizjonu podchorążych. Byliśmy piątym plutonem tej baterii, ponieważ etatowo każda bateria miała tylko cztery plutony. Nie byliśmy jednak “piątym kołem u wozu”, bo przyjęto nas nadzwyczaj gościnnie. Druga bateria na izbę sypialną mamiła przydzieloną olbrzymią jedną salę, na której musiało się zmieścić ponad stu podchorążych. Zrozumiałe jak musiało być ciasno tym bardziej, że łóżka nie były spiętrowane. Przeznaczono nam jeden dzień na generalne mycie, naukę słania łóżek, fryzjera i inne porządki związane z zakwaterowaniem.

Od następnego dnia rozpoczęło się szkolenie. W dniu tym również otrzymaliśmy pierwsze przepustki do miasta. Wykorzystaliśmy je w pierwszym rządzie do porobienia sobie zdjęć, które następnie wysłaliśmy do rodzin.

Część wykładów prowadzili oficerowie z poszczególnych cyklów, takich jak: taktyki, instrukcji strzelania itp., a część szkolenia prowadził z nami dowódca plutonu Dudow, były to przedmioty: wyszkolenie ogniowe, musztra, wyszkolenie strzeleckie i regulamin. Większość czasu poświęcona była przedmiotom specjalistycznym z artylerii przeciwlotniczej.

Naturalnie wszystkie wykłady prowadzone były w języku rosyjskim, co nie sprawiało nam trudności, ponieważ wszyscy znaliśmy język rosyjski. Trzeba przyznać, że szkoła miała dobre siły fachowe i dydaktyczne. Wykłady były na bardzo wysokim poziomie. Bardzo ważne było to, że wykładowca nie przechodził do następnego zagadnienia dopóki wszyscy lub większość, grupy nie zrozumiała danego tematu.

Najtrudniej szło nam szkolenie z zasad instrukcji strzelania, ponieważ ono było było co najmniej na matematyce średniej szkoły, która dla większości z nas była wtedy nie znana. Nie umiejętność matematyki trzeba było nadrabiać kuciem poszczególnych wzorów i zasad na pamięć, a to pochłaniało dużo czasu.

Nasz program szkolenia w porównaniu z programem radzieckim był skrócony i trwał pół roku, to jest od maja do listopada. Musieliśmy przejść materiał normalnego kursu, dlatego też i pracy mieliśmy sporo. Nauki jednak nikt się nie bał i nie było mowy o jakimś dopingu lub też zmuszaniu do niej. Każdy starał się w miarę swoich możliwości otrzymać tutaj jak największą porcję wiedzy.

Muszę tu z przykrością stwierdzić, do lipca 1944r żadnego zainteresowania z ramienia naszego wojska naszą grupą nie było. Nie otrzymywaliśmy żadnej prasy, jak również nie docierały do nas żadne wiadomości. Czuliśmy się tutaj jak zapomniany oddział - dobrze, że choć wśród dobrych ludzi. Pierwsze wiadomości o wojsku i kraju oraz plik gazet przywieźli podchorążowie z Riazania i z Sum.

Dopiero w lipcu przyjechał do nas chorąży dzisiaj już nazwiska nie pamiętam, który przedstawił się nam jako oficer polityczno - wychowawczy podchorążych będących na nauce w szkołach radzieckich. To już było bardzo dóżo. Mimo że nie przebywał ciągle z nami, ale przyjeżdżał raz na dwa miesiące lub raz w miesiącu przywożąc prasę i dużo “nowinek”, które nas nadzwyczaj ciekawiły. On również załatwiał nasze sprawy w Komendzie szkoły jak również w dowództwie Wojska Polskiego. Dużo nam wprawdzie nie pomógł, ale zawsze wiedzieliśmy, że o nas pamiętają.

Dni szkoleniowe były nadzwyczaj podobne do siebie. Większość zajęć odbywała się w salach i w parku, część w polu. Zajęcia w polu były duże przyjemniejsze, bo i bardziej urozmaicone, a po drugie na takich zajęciach zaopatrywać się w jarzyny można było, szczególnie w marchew, która uzupełnia naszą normę. Norma IX - szkolna była smaczna, ale dla młodych ludzi była stanowczo za mała i dlatego zaopatrywanie się na polach kołchozowych było ważną pozycją w naszym życiu. Pamiętam, że później gdy zmniejszyły się ćwiczenia w terenie organizowaliśmy sami wyprawy po zaopatrzenie. W czasie nauki własnej wychodziliśmy całym plutonem w szyku zwartym za bramę (wartownik w dobrej wierze nawet nie podejrzewał i szeroko otwierał bramę) a stamtąd marsz w pole i z powrotem.

Bardzo często wydział polityczny przydzielał naszemu plutonowi bilety na operę. W tym czasie w Gorkim występowali artyści opery moskiewskiej. Wyjście nasze do opery poprzedzane było wyprawą po jarzyny i w rezultacie piękne arie operowe przerywane były rytmicznym chrupaniem marchewki.

Bilety do teatru i inne imprezy artystyczne były niewątpliwie zasługą starszego lejtnanta Dudowa, który nadzwyczaj troskliwie dbał o nas. Oficer ten nie żałował dla nas ni czasu osobistego, ni wysiłku. Nawet jeśli otrzymał przez nas “naganiaj” to dobrym słowem pouczał, tłumaczył nie uciekając do bardziej drastycznych metod wychowawczych. Przyznać trzeba, że umiał z nami postępować, wynikiem czego nie było ani jednej kary w naszym plutonie za cały czas nauki.

Program przewidywał przerobienie sprzętu małego kalibru 37 mm i średniego kalibru 85 mm z Przyrządem Centralnym PC-3 oraz dalmierzem DJa-4. Ze sprzętem radiolokacyjnym, byliśmy zaznajomieni ogólnie. Oprócz artyleryjskich przedmiotów o których już wspomniałem mieliśmy sporo godzin z saperki, budowy samochodu, łączności, chemii, taktyki i topografii. Szczególnie ciekawe ćwiczenia prowadził wykładowca z saperki, przedmiot ten mimo, że nie był profilujący, był przez nas bardzo poważnie traktowany.

Jednym z ciekawszych tematów było “Forsowanie przeszkody wodnej na środkach podręcznych”, przeprowadzany na szerokiej odnodze Wołgi. Przerabiany on był już jesienią i kąpiel w zimnej wodzie nie należała do przyjemności. Forsowanie jak sam temat wskazuje, odbywało się na środkach podręcznych, to jest: płaszczonamiotach napychanych słomą, beczkach, tratwach itp. Mnie i jeszcze trzem kolegom przypadło forsować rzekę na tratwie wykonanej z czterech beczek szczepionych kilkoma kołkami i wysłanej plaszczonamiotami. Wyglądało to na całkiem bezpieczny wehikuł. Zajęliśmy więc w nim miejsca po czterech rogach i przy pomocy przerzuconej liny forsowaliśmy przeszkodę. Gdy przepłynęliśmy ze czterdzieści metrów nasz pływający “środek podręczny” znajdował się prawie na środku przeprawy, duża fala zaczęła wbryzgiwać wodę do nie zabezpieczonych z góry beczek. W pewnym momencie większa fala chlupnęła do beczułki tyle wody, że równowaga została zachwiana, wehikuł wywrócił się a my wpadliśmy do wody. Dobrze, że uchwyciliśmy się linki, gdyż pływanie w umundurowaniu z bronią byłoby trudne. Łódź zabezpieczająca wyciągnęła nas z wody i na tym szkolenie dla poszkodowanych zostało zakończone.

Jesienią prowadzony był temat “Marsz forsowny na duże odległości”. Tu znów w ćwiczeniach brała udział cała szkoła. Ćwiczenia te rozpoczęły się alarmem nocnym w szyku pieszym. Po uszykowaniu i sprawdzeniu szkoły rozpoczął się marsz. Było to dla wszystkich wielkie zaskoczenie. Długość trasy marszu wynosiła w jedną stronę 25 km, a więc razem 50 km. Marsz odbywał się w szykach baterii, które przez pierwsze 10 km były przestrzegane. Później poszczególne baterie i plutony zaczęły rozciągać się coraz bardziej. Pod koniec trasy kolumna wyglądała jak armia napoleońska. Na to wszystko przyjechał pułkownik Nabojkin. Wiadomość o tym lotem błyskawicy przeszła przez kolumnę. Zmęczenie minęło wszystkim, szybko zaczęto porządkować szeregi. Do półmetka dobrnęliśmy w pełnym porządku, gdzie na podwyższeniu stal komendant szkoły, na przeciw orkiestry, a baterie podchorążych przechodziły krokiem defiladowym, a nawet starały się jedna przed drugą. Tu na półmetku mieliśmy obiad i dwugodzinny odpoczynek. Następnie powrót. Późno wieczorem śmiertelnie zmęczeni wróciliśmy do koszar. Marsz ten długo pozostał w pamięci, tym bardzie że jeszcze przez parę dni później odczuwaliśmy zmęczenie.

Najbardziej nieprzyjemnym zajęciem było rozładowywanie barek na Wołdze z drzewa przeznaczonego na opał dla szkoły. Dużo tego nie było, ale z pięć razy byliśmy do tego wyznaczani. Była to nadzwyczaj ciężka praca, szczególnie gdy przypadło do rozładowywania grube drzewo. Nosiło się je na odległość stu i więcej metrów, przeważnie we dwóch. Najbardziej bolały po takim rozładunku plecy, nie pomogły nawet naramienniki specjalnie do tego celu używane.

W październiku zima była już w pełni, spadł śnieg i chwycił tęgi mróz. My odczuwaliśmy zimno szczególnie ze względu na umundurowanie jak również i ze względu na nasze pomieszczenie. Nasze drelichowe mundurki w ciągu lata wytarły się już porządnie. Kursanci radzieccy zostali przemundurowani na zimę w sukienne granatowe spodnie i zielone bluzy. Najgorsze było jednak to, że temperatura gdzie mieszkaliśmy utrzymywała się średnio od 10 do 14 stopni i niżej. W zimniejsze noce spaliśmy po dwóch, kompletując z dwóch pościeli jedną, gdyż inaczej nie sposób było wytrzymać. Ale młody wiek i perspektywy rychłego powrotu pozwoliły przetrwać i takie trudności mieszkaniowe.

Od połowy listopada czekały nas egzaminy końcowe, które miały decydować o promocji. Od października rozpoczął się okres przygotowania do egzaminów. Starszy lejtnant Dudow częściej przychodził na naukę własną. Zamówione były konsultacje innych wykładowców i skwapliwie analizowano nasze dotychczasowe oceny. Regulamin ocen w szkole przewidywał taksyfikację w ten sposób, że były trzy lokaty: I - z oceną bardzo dobrą, II - z oceną dobrą, III - z oceną dostateczną. Starszy lejtnant Dudow wyznaczał poszczególnych chorążych do poprawienia przedmiotu, który nie pozwalał na zakwalifikowanie do wyższej lokaty.

Egzamin rozpoczynał się po dwudziestym listopada i miał trwać do końca listopada. Zdawaliśmy komisyjnie, ale tylko z zasadniczych przedmiotów, naturalnie profilujące przedmioty specjalistyczne z artylerii przeciwlotniczej i one decydowały o wynikach końcowych. Końcówka ta kosztowała nas dużo pracy, ale pozytywne wyniki w pełni wynagrodziły nam ten trud. Rozkaz komendanta szkoły podsumowujący wyniki egzaminów stwierdził, że

  • z oceną bardzo dobrą zdało czterech podchorążych;
  • z oceną dobrą zdało piętnastu podchorążych;
  • z oceną dostateczną zdało trzech podchorążych.

Uroczystości promocyjnych w szkole nie było i w ogóle takich nie mieliśmy. Dopiero w jednostkach dowiedzieliśmy się, że jesteśmy mianowani do stopni podporuczników.

Komenda szkoły urządziła nam tylko uroczyste odczytanie rozkazu z wydaniem świadectw ukończenia szkoły, a następnie był wspólny obiad. Nadzwyczaj przyjemne były te ostatnie uroczystości, ponieważ czekał nas upragniony powrót do kraju. Wspólny obiad z komendą szkoły, naszymi wykładowcami i wychowawcami mimo to, że był dość skromny pozostawił bardzo miłe wspomnienie. Był to nasz pożegnalny obiad w Szkole Artylerii Przeciwlotniczej w Gorkim.

Nazajutrz znów tym samym autobusikiem, którym przybyliśmy do szkoły, wieziono nas na dworzec skąd przez Moskwę, Mińsk, Baranowicze dojechaliśmy do Lublina.

W Moskwie zatrzymaliśmy się na dwa dni, ponieważ były trudności z dostaniem się do pociągu na linii Orszy. Do Moskwy odwiózł nas Dudow z którym serdecznie pożegnaliśmy się. Dalszą drogę odbywaliśmy już samodzielnie. Naturalnie, że nie omieszkaliśmy wykorzystać tej samodzielności. Ze względu na to, że droga do kraju wiodła przez rodzinne strony, wobec tego postanowiliśmy odwiedzić krewnych i znajomych.

W Lublinie otrzymaliśmy przydziały, które wyznaczył ówczesny Zastępca Artylerii WP generał Grochoczyński. Podział był następujący: pięciu do 1.A, pięciu do 2.A, pozostałych skierowano do 4.DAPlot, pułku i dywizjonu artylerii przeciwlotniczej osłony Naczelnego Dowództwa i 10 kompanii obserwacyjno-meldunkowej, przy czym Ochman został wytypowany na adiutanta generała Grochoczyńskiego.


Powrót z frontu. IX 1945.
Stanisław Dębniak, powrót z frontu IX 1945.

Tepczyński, Kurowski, Iłowski i ja otrzymaliśmy przydział do 11 kompanii obserwacyjno-meldunkowej 1.A. Tu rozpoczęliśmy swój nowy okres służby wojskowej, ale już jako oficerowie Wojska Polskiego.


W Darnicy na cmentarzu stoi na wspólnej mogile skromny obelisk. Tam przewieziono później ciała polskich przeciwlotników, na wieczny spoczynek. W Darnicy pochowano 2 oficerów, 19 podoficerów i 21 szeregowców. Straty bezpowrotne wyniosły 52 zabitych, zmarłych z ran i zaginiownych.

Kiedyś składane były wiązanki biało czerwonych kwiatów, były delegacje wojska, kombatantów, młodzieży.


Płk Stanisław Dębniak podczas uroczystości 50 lecia Szkoły w Piastowie.
Płk Stanisław Dębniak podczas uroczystości 50-lecia Szkoły w Piastowie.

W Piastowie pod Warszawą Szkoł Podstawowa nr 4. nosi imię “Bohaterów spod Darnicy”. Rocznica nadania szkole tego imienia obchodzona jest 8 kwietnia.

[ Do spisu treści ]