Home - strona główna WRiA.PL – “Wspomnienia ...”.

 


 

Płk dypl. w st. spocz. Mieczysław Wasąg

Wspomnienia i refleksje przeciwlotnika

 

SPIS TREŚCI
1. "Wspomnienia i refleksje przeciwlotnika" - Mieczysław Wasąg
2. "Miałem wtedy 14 lat" - Mieczysław Wasąg
3. Uzupełnienie do "Wspomnień i refleksji przeciwlotnika" - Mieczysław Wasąg
4. Od redaktora witryny

 

1. “Wspomnienia i refleksje przeciwlotnika” – Mieczysła Wasąg
 

pchorąży Mieczysław Wasąg
Foto 1. Pchor. Mieczysław Wasąg
Pod koniec roku szkolnego 1946/47 dotarła do nas, uczniów, informacja, że do naszego gimnazjum przyjadą oficerowie, w celu przeprowadzenia werbunku do szkoły oficerskiej. Ja osobiście nie myślałem o wstąpieniu do zawodowej służby wojskowej, chociaż miałem już poza sobą rok służby w Szarych Szeregach. Byłem świadkiem rozbrajania oddziałów AK i „zaliczyłem" także 9-miesięczny pobyt w więzieniu, w tym 6 śledztw w NKWD. Jednak szczęśliwy byłem, że uniknąłem zsyłki na Syberię.

Udałem się na spotkanie w towarzystwie kolegów. No i stało się. Dwaj młodzi oficerowie z ostatniej promocji w Toruniu byli tak ujmujący, mówili sugestywnie i przekonująco o sytuacji w wojsku, o zmianach, jakie zaszły i co było dla mnie dziwne, o swojej akowskiej działalności. Ich wypowiedzi robiły wrażenie prawdziwych i szczerych. „Kupili" nie tylko mnie, ale i wielu kolegów.

W Oficerskiej Szkole Artylerii (OSA) było wtedy wielu oficerów i podoficerów przedwojennych, to oni spowodowali, że porządek wojskowy, ład i dyscyplina były na najwyższym poziomie. Kanonierzy - uczniowie i podchorążowie w czasie szkolenia i poza nim byli pod stałym nadzorem, najmniejsze uchybienia spotykały się z reakcją przełożonych, a niedociągnięcia musiały być usunięte.

Była wolność religijna - uczono nas, że wojsko jest apolityczne, a prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bolesław Bierut jest bezpartyjny. Nie wiedziałem, że już wtedy potajemnie działały komórki PPR.

Pierwsze miesiące, do czasu okrzepnięcia i zdobycia odpowiedniej kondycji fizycznej, były trudne do wytrzymania. Podczas projekcji filmu, a nawet, o zgrozo, przedstawień teatralnych głowy podchorążych często spadały w dół i słychać było chrapanie. Sąsiad uderzał wtedy „delikwenta" w bok, aby ustrzec go przed wpadką.


Pluton 5 bateria pchor. Koszalin.
Foto 2. Pluton 5 baterii podchorążych - Koszalin 1949r. Od lewej: I rząd: Cichorski, Badocha, Rank, ppor. Askaldawicz - d-ca plutonu, Wilk, Skurłys, Kruszewski. II rząd: Szymański, Wojciechowski, Kolasa, Golec, Gloc, Wasąg, Urbański i Kowalski. III rząd: Maszewski i Kuźma. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Wychowanie fizyczne było silną stroną OSA, systematycznie co drugi dzień podczas zaprawy porannej wykonywaliśmy bieg na 3000 m. Były próby skracania trasy, ale kończyły się niepowodzeniem. Porucznik Gabara i jego współpracownicy byli czujni i bezkompromisowi. Gimnastyka była wstępem do dalszych zajęć, w tym dużej ilości wymagających fizycznego wysiłku, podczas których wszystkie przemarsze wykonywaliśmy biegiem, a często także krokiem defiladowym. Dzięki tym instruktorom i przełożonym byliśmy nad podziw sprawni fizycznie i wytrwali w dalszej służbie. Słabi musieli odejść ze szkoły.

Letnie miesiące spędziliśmy na obozie w Czerniewicach k. Torunia. Czekały tam na nas często stare i wysłużone namioty - jeden przypadał na baterię, a warunki były spartańskie. Salę wykładową zastępowało zbocze wzgórza położone pod dębem, z pięknym widokiem na Wisłę - ławki były wykonane w ziemi. Podczas deszczu zakładaliśmy płaszcze-namioty zwane popularnie „pałatkami", a nocą, gdy padał deszcz, chroniliśmy się przed przemoczeniem, przenosząc łóżka w suche miejsce. Narzekań nie było.

Nasi dowódcy i wykładowcy umiejętnie łączyli wymagania z wysoką kulturą osobistą. Poddani byliśmy wszechstronnej edukacji nie tylko wojskowej, ale także obywatelskiej i towarzyskiej, a przy tym kształtowano naszą osobowość według wymogów stawianych oficerom.


Działon pchor. Koszalin.
Foto 3. Działon 5 baterii podchorążych - Koszalin 1949r. Od lewej: I rząd: Skurłys, Kuźma,  Maszewski i Kolasa. II rząd: Wasąg, Kruszewski, Cichorski i Bierut. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Jeden przykład: wykładowca strzelania, ówczesny major, Stanisław Rozwa-dowski, stosował niecodzienne metody wychowawcze. Prowadząc pisemny sprawdzian, podawał pytania, wygłaszał parę zdań o honorze żołnierskim i pozostawiał nas samych. Muszę przyznać, że chętnych do ściągania prawie nie było. Tenże oficer, gdy na ulicy spotykał podchorążego w towarzystwie dziewczyny, pierwszy oddawał honor. Byliśmy podbudowani taką postawą, była to dla nas najlepsza lekcja wychowania.

Toruńska 5. bateria plot, jako zalążek nowej Oficerskiej Szkoły Artylerii Przeciwlotniczej (OSAPIot), po „przyjęciu uzupełnienia" rozrosła się do dwóch dywizjonów szkolnych. Przybyło dużo oficerów z jednostek liniowych z kpt. Stani-sławem Dębniakiem i kpt. Tadeuszem Obronieckim na czele. Do szkoły zostali skierowani przedwojenni oficerowie, walczący po wrześniu 1939 roku na Zachodzie: płk Stanisław Paszkiewicz na stanowisko komendanta szkoły i mjr Stanisław Warchałowski, inwalida wojenny, który stracił nogę w bitwie o Monte Cassino, na wykładowcę strzelania.


Powrót z pierwszego urlopu - Koszalin 1948r.
Foto 4. Powrót z pierwszego urlopu - Koszalin styczeń 1948r. Od lewej: Jan Leszkiewicz, Józef Szymański, Henryk Urbaniewicz i Mieczysław Wasąg. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Pierwsze miesiące pobytu w Koszalinie to służba i praca ponad siły, z warty szliśmy na służbę i odwrotnie, a w krótkich przerwach między nimi pomagaliśmy kompanii obsługi wykonywać prace gospodarcze. Wtedy normy regulaminowe nie obowiązywały.


1 bateria podchorążych - Koszalin 1949r.
Foto 5.   1. bateria podchorążych - Koszalin 1949 rok. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Warunki zakwaterowania szybko, jak na ówczesne czasy, osiągnęły dobry poziom, a powstała baza szkoleniowa zapewniała w sposób należyty proces szkolenia. Oficerska Szkoła Artylerii Przeciwlotniczej stała się dobrą kuźnią kadr artylerzystów-przeciwlotników.

Koszalin przyjął nas podchorążych, nie mówiąc o kadrze oficerskiej, bardzo serdecznie, na pewno wnieśliśmy do tego niedużego wówczas miasta wielkie ożywienie. Przemarsze baterii podchorążych z orkiestrą i ze śpiewem, organizowane przez nas akademie, zawody sportowe były niecodziennym wydarzeniem dla mieszkańców miasta. Mundur żołnierski, w tym podchorążego, budził zainteresowanie, szacunek i często zachwyt. Było nam dobrze.


Reprezentacja 1 baterii podchorążych - Koszalin 1949r.
Foto 6. Reprezentacja 1. baterii podchorążych zdobywa I miejsce we współzawodnictwie. Trzecia dwójka po lewej - Mieczysław Wasąg. Koszalin 1949r. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Ale Koszalin kojarzył się nam także z najgorszym okresem w historii powojennej Polski. W tym czasie bardzo liczna grupa oficerów radzieckich zajmowała kierownicze stanowiska w Wojsku Polskim i zaczęła wprowadzać do sił zbrojnych obce wzorce. Zabrano nam rogatywki, wprowadzono nowe regulaminy oparte na wzorach radzieckich itp. W naszej szkole również słychać było język rosyjski. Komendantem szkoły został płk Pietuszkow, a dyrektorem nauk płk Telegin.

W wojsku prowadzona była czystka, objęła ona przede wszystkim kadrę przedwojenną - służby informacji wojskowej szalały. Szukano „wrogów ludu", zapełniły się areszty i więzienia. Akcje te prowadzono w zasadzie bez rozgłosu. Nasz kolega pchor. Krzysztof Wojciechowski wywołany został do oficera dyżurnego z zajęć i już więcej go nie widzieliśmy. Gdy po zajęciach wróciliśmy do sali sypialnej, nie było żadnego śladu, że był w naszym plutonie. Zapanowało ogólne przygnębienie i milczenie. Aresztowania dość liczne wśród kadry i podchorążych, zwolnienia ze służby wojskowej w trybie natychmiastowym zrobiły swoje, powiało grozą.

W wojskach Obrony Przeciwlotniczej Obrony Kraju czołowe stanowiska objęli radzieccy oficerowie, niektórzy z nich byli nie tylko dobrymi specjalistami, ale i kulturalnymi i prawymi ludźmi. Ale byli także wśród nich szowiniści, przy tym ludzie bezwzględni. Takim był również szef Artylerii Obrony Przeciwlotniczej naszych wojsk gen. Sazonow. Szczególnie, gdy się zdenerwował, był nieobliczalny. Do nas, młodych oficerów, kilkakrotnie zwracał się następująco „stańtie rabotać kak ruskije aficera". Trzeba było milczeć, inne postępowanie mogłoby być wręcz zgubne w skutkach.

Tenże oficer, noszący polski mundur generalski, w Kołobrzegu w okresie wczasów letnich, w taki oto sposób opróżnił bezprawnie zajęty przez pasażerów zarezerwowany dla niego przedział w wagonie kolejowym. Polecił, by wska­ać mu, w którym przedziale są tak „oporni" ludzie. Potężnym szarpnięciem otworzył z hukiem drzwi i krzyknął „Sczitaju do trioch, nikawo niet" i zaczął odliczać „adin, dwa" - nie musiał przedłużać wyliczanki, bo pasażerowie, w tym kobiety i dzieci, z przerażeniem przed „terminem" wyskoczyli na korytarz. Przedział był pusty.

„Polski Październik" zapoczątkował koniec służby „zaproszonych" do naszego kraju radzieckich instruktorów. Wielkie szczęście, trochę odetchnęliśmy.


Poligon 1950r.
Foto 7. Poligon rok 1950. Od lewej: Kowalski, Cichorski, Kęsik (dowódca plutonu), Skurłyś i Mieczysław Wasąg (działonowy). Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

 


Po końcowych egzaminach - Koszalin 1950r.
Foto 8. Po końcowych egzaminach odpoczywa 1 pluton 5 baterii podchorążych. Koszalin 1950. Pierwszy z lewej w I rzędzie Mieczysław Wasąg. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Poligon Mrzeżyno, to nasz ośrodek szkolenia ogniowego, miejsce, gdzie wykuwała się w ostatecznej formie nasza gotowość ogniowa. Co roku, a były i takie okresy, że nie tylko latem, ale i zimą szkoliliśmy się w warunkach polowych, a następnie strzelaliśmy do celów powietrznych i naziemnych, w tym do czołgów.


37 mm armata przeciwlotnicza
Foto 9. 37 mm armata przeciwlotnicza. Foto: Wikipedia.

 


ppor. Mieczysław Wasąg - dowódca baterii plot.
Foto 10. ppor. Mieczysław Wasąg - dowódca baterii plot. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Jako podporucznik - dowódca 5. baterii 37 mm armat 64. paplot - odbyłem w roku 1951 pierwsze strzelania. Wypadły dobrze, ale przeżyłem niezmiernie trudne chwile. Strzelaliśmy do czołgów, a ponieważ używaliśmy amunicji z zapalnikami uderzeniowymi, gdy „uzbrojeńiowcy" wykręcili zapalniki, nakazano nam wystrugać z drewna ich imitację (atrapy), nie pokazując ich wzorca. Moi działonowi zmajstrowali „zapalniki" za długie. W efekcie tego powstały zacięcia i natychmiast znalazł się koło dział oficer informacji. Obsługa przeszła na drugie działo, efekt był taki sam jak poprzednio. Sytuacja była wręcz dramatyczna, gdyż zaczęły padać już pytania, czy to nie sabotaż? Uratował nas dowódca 9. Dywizji płk Tabuczenko, nakazując sprawdzenie długości drewnianych „zapalników". Skracaliśmy je i dalsze strzelania przebiegały już bez zakłóceń.

Zostałem dowódcą 96., a następnie 129. spaplot, pułki te wyposażone były w armaty 85 mm, w drugim z kolei pułku doczekałem się przezbrojenia w armaty 57 i 100 mm, w PUAZO-5 i SON-9. Był to sprzęt nowszej generacji -imponował nam.


mjr Mieczysław Wasąg - dowódca 129 spaplot - Szczecin.
Foto 11. Mjr Mieczysław Wasąg - Dowódca 129 spaplot w Szczecinie. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Szkolenie poligonowe było bardzo intensywne, jeśli deszcz nie „zagrażał", to z reguły o godz. 5.00 byliśmy na stanowiskach. „Tłukliśmy" działoczyny, przerywając je zajęciami z innych przedmiotów, jeżeli nie było strzelań.

Przełożeni, działając według swoich planów, sprawdzali gotowość bojową i prowadzili zajęcia taktyczne, podczas których często działaliśmy pieszo, nacierając najczęściej na Włodarkę.


Ćwiczenia taktyczne 129 spaplot - Szczecin 1958 r.
Foto 12. Ćwiczenia taktyczne 129 spaplot - 1958 rok. Postój. Na pierwszym planie mjr Mieczysław Wasąg - dowódca 129 spaplot. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Powrót z poligonu do garnizonu miał uroczysty charakter, było to właściwie spotkanie z mieszkańcami, zakończone wręczeniem upominków ufundowa­nych przez społeczeństwo, a następnie defiladą. Niedługo to trwało, zabronio­no organizowania takich powitań.


Ćwiczenia taktyczne 129 spaplot - Szczecin 1959 r.
Foto 13. Ćwiczenia taktyczne 129 spaplot - 1959 rok. Zadanie bojowe stawia mjr Mieczysław Wasąg - dowódca 129 spaplot. Z lewej grupa rozjemców. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Po ukończeniu Akademii Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, na „trzy miesiące" poszedłem do Bemowa, a w rzeczywistości byłem tam 5 lat. Był to mój szósty garnizon, czekały mnie jeszcze trzy przeprowadzki.


Komenda CSS AiR OPK.
Foto 14. Komenda CSS AiR OPK. Od lewej: ppłk Jerzy Półtorak - Z-ca ds. Technicznych, ppłk Stanisław Zasada - Kwatermistrz, płk Zygmunt Knoll - Z-ca ds. Liniowych, ppłk Adam Kamiński - Z-ca ds. Politycznych, płk Mieczysław Wasąg - Komendant, płk Wacław Sakowski - Szef Wydziału Szkolenia, mjr Antoni Dragan – oficer Wydziału Politycznego i  mjr Antoni Jędras - Pomocnik ds. Ochrony. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Bemowo Piskie okazało się bardzo dobrym miejscem służby, większość kadry stanowili młodzi oficerowie, absolwenci akademii wojskowych, przede wszystkim Wojskowej Akademii Technicznej. Szkolenie było ustabilizowane i przebiegało rytmicznie. Na zbiórkę stawało nieraz około dwóch tysięcy żołnierzy stanu zmiennego (kursantów). Szkolenie specjalistyczne prowadzone było na wysokim poziomie, również i ogólnowojskowe, w tym sport programowy i pozalekcyjny. Warunki do uprawiania turystyki i sportu były doskonałe, wyniki również.


Zgrupowanie przed poligonem w Aszałuku.
Foto 15. Stawianie zadań na kolejny dzień. Zgrupowanie poligonowe dywizjonów 26 BR OP przed wyjazdem na poligon w Aszałuku.  Na pierwszym planie dowódca 26 BR OP płk Mieczysław Wasąg i dalej jego zastępcy. Od lewej: Szliwarski, Michał Konkowski, Andrzej Brejwo i Kazimierz Krajnik. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

W roku 1970 wyznaczony zostałem na dowódcę 26. Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej Kraju. Brygada była w ciągłym rozwoju, zadań przybywało, reżim pełnienia obowiązków prawie wojenny. Normy były wyśrubowane, a praca trwała do wieczora, z przerwą na obiad. Często przebywaliśmy na rozjazdach, a po powrocie pełniliśmy dyżury domowe. Kadra była młoda i bardzo ofiarna, wyniki były dobre, narzekań nie było.


Defilada 13.03.1976 - 26 BR OP Gryfice.
Foto 16. 13 marca 1976 - ostatnia defilada z udziałem płk. Mieczysława Wasąga (trzeci od lewej)  i sztandarem 129 spaplot. Sztandar przejęty przez 26 BR OP po jej sformowaniu na bazie 129 spaplot. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

W Bemowie Piskim i w Gryficach - w tych małych garnizonach życie towarzyskie było bardzo bogate. Bawiliśmy się często, wesoło, hucznie do białego rana na wspólnych zabawach i spotkaniach w kawiarence. Frekwencja była duża. Byliśmy po prostu młodzi.

W wojskach rakietowych poziom wyszkolenia ogniowego był systematycznie kontrolowany przy wykorzystaniu celów realnych i imitowanych. Wiedza teoretyczna zawsze podlegała sprawdzeniu. Warunki, w jakich zdawaliśmy egzaminy, nie należały do łatwych.

Jeden z przykładów: zostaliśmy wezwani do szkolnego Ośrodka Kontrolno-Treningowego 3. Dywizji Wojsk Rakietowych Obrony Powietrznej Kraju. Po całonocnej podróży poddani zostaliśmy sprawdzianowi -„kartkówce". Oficerowie grupy operacyjnej brygady udzielali pisemnych odpowiedzi na 60 pytań - czas trwania sprawdzianu (bez przerwy) wynosił 120 minut. Następnie pojechaliśmy na stanowiska dowodzenia, obsługi były już na sprzęcie. W ciągu dziesięciu minut musieliśmy sprawdzić łączność i zapoznać się z miejscami pracy i wyposażeniem SD, i „poszedł" nalot.

Z perspektywy minionego czasu twierdzę, że wymagania wobec nas, nawet przesadne, miały sens. Po prostu zmuszały nas do systematycznej pracy i twórczego analizowania celów i treści sprawdzianów, treningów i ćwiczeń.

Przed wyjazdem na poligon szkoliliśmy się na zgrupowaniu przedpoligonowym. Pracowaliśmy w pocie czoła, ale po takim przygotowaniu poligon połączony z odbytymi strzelaniami szkolnymi i bojowymi nie był straszny.

Strzelania bojowe mają swój oddzielny rozdział, w szkoleniu prowadziliśmy je do realnych tarcz powietrznych. Gdy była sprzyjająca strzelaniom pogoda, efekt pracy bojowej obsług dywizjonów ogniowych, a także i grup technicznych, był widoczny i cel osiągnięty.

Cele powietrzne zmieniały się, od stożka poprzez Ła, RM doszliśmy do Biełki. Zmieniały się kształty celów powietrznych, wysokości i inne parametry strzelania. Wreszcie doczekaliśmy się strzelań przeprowadzanych w warunkach zakłóceń. Zadania wciąż „rosły", a wyniki dzięki wysiłkowi stanów osobowych, a kadry oficerskiej w szczególności, były nadal wysokie, oceniane jako bardzo dobre i dobre.


płk Mieczysław Wasąg - Szef WRiA 2 KOP Bydgoszcz.
Foto 17. Płk Mieczysław Wasąg - Szef Wojsk Rakietowych i Artylerii 2 KOP Bydgoszcz - 1976 rok. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

W roku 1976 przeniesiony zostałem do Bydgoszczy na stanowisko szefa Wojsk Rakietowych i Artylerii Korpusu OPK. Panowała tu atmosfera dużego sztabu, praca do piętnastej, popołudnia z reguły były wolne. Treningi, praca bojowa na SD rozmieszczonym w koszarach. Warunki wręcz komfortowe.


płk Mieczysław Wasąg, gen. bryg. Franciszek Żygis i płk Wiesław Warylewski.
Foto 18. Spotkanie rezerwistów z okazji Święta Przeciwlotnika. Od lewej: płk Mieczysław Wasąg, gen. bryg. Franciszek Żygis i płk Wiesław Warylewski. Foto: Zbigniew Przęzak 07.09.2005.

Dopiero po wielu latach przeszliśmy do schronu ukrytego w ziemi. W czasie jednego z ćwiczeń 8 dni i nocy spędziłem w „dołku". Było trudno, ale to nic w porównaniu z pobytem, o wiele krótszym, na SD w Pruszczu k. Gryfic.

W stan spoczynku odszedłem po 44 latach służby - w 1991 roku. Dopiero wtedy nawiązałem kontakty z kolegami z Szarych Szeregów i z tymi, z którymi dzieliłem cele więzienne. Było to możliwe, gdyż pod koniec mej służby wojskowej Wojsko Polskie zakończyło „zataczanie kręgu".


Zjazd Kresowych Żołnierzy AK - Międzyzdroje 1996.
Foto 19. Zjazd Kresowych Żołnierzy AK. Międzyzdroje 1996r. Trzeci od lewej płk w st. spocz. Mieczysław Wasąg. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga

Żołnierze Wojska Polskiego znów są apolityczni, mogą wyznawać swój światopogląd. Zmieniła się treść przysięgi. Przy tym Polska stała się w pełni suwerennym państwem. Wreszcie Polska stała się członkiem NATO.

[ Do spisu treści]


2. “Miałem wtedy 14 lat” – Mieczysław Wasąg – Bydgoszcz 2002


(wspomnienia autora książki - harcownika Czarnej Trzynastki)

Pod koniec I dekady czerwca 1944 roku odbyła się ostatnia zbiórka naszego zastępu którą prowadził „ Bobrowicz", podczas której rozdał, tym którzy zgłosili takie „zapotrzebowanie", Wezwanie do Litwinów1 podpisane przez „Wilka", w którym żądał miedzy innymi: „...Policja litewska i Sauguma jak również urzędnicy litewscy muszą natychmiast zaprzestać wysługiwania się Niemcom na odcinku walki z Polakami..." a następnie uprzedzał: „...ostrzegam, że zostanie zastosowany jak najostrzejszy kurs w stosunku do całej litewskiej policji, Semgumy i administracji i przy pomocy stojącej do mej dyspozycji Polskiej Siły Zbrojnej zniszczą w najbliższym czasie gniazdo zbrodniarzy... "'. W końcu ulotki widniał podpis i data: Dowódca Oddziałów Partyzanckich Okręgu Wileńskiego (-) Wilk M.p. 20 maja 1944 r

Gdy przyszła na mnie kolej, powiedziałem: - Proszę o dwa egzemplarze.  

W naszej klatce schodowej mieszkało dwóch policjantów litewskich, to oni mieli być przeze mnie „obdarowani". Przeczytałem otrzymany dokument, w trakcie czytania czułem, jak krew uderza do głowy. Powodem była radość z tak twardego kursu, jaki przyjął Komendant a z drugiej uświadomiłem sobie odpowiedzialność jaką na siebie wziąłem. W Wilnie już był wtedy stan podwyższonej gotowości, widać to było między innymi po litewskich policjantach, którzy na co dzień chodzili w hełmach a ich uzbrojenie stanowił również karabin.

Wielką radość sprawiał widok pojedynczych żołnierzy niemieckich i małych grup nie idących a często wlokących się od strony dworca kolejowego ulicą Sadową i naszą Wielką Stefeńską (tak my mieszkańcy nazywaliśmy ulicę św. Stefana) do centrum, chyba na miejsce zbiórki. Był to rezultat przerwania frontu niemieckiego na kierunku Mińska. Myśleliśmy, że to już koniec panowania Niemców i Litwinów w Wilnie. Niestety wojska niemieckie „załatały” front, ale wyczuwało się, że wyzwolenie jest tuż, tuż.

Taka była atmosfera tamtych dni, gdy z dwoma „wezwaniami" ukrytymi pod ubraniem szedłem do domu.

Mój plan był prosty, będę działał w pojedynkę, gdy po wejściu do naszej klatki schodowej nie zauważę nic grożącego, podejrzanego, idąc z wielką ostrożnością po kolei wrzucę do skrzynek listowych pisma „ Wilka" i po cichu przejdę piętro wyżej, odczekam dłuższą chwilę i wejdę do mieszkania.

Wykonanie było gorsze niż przewidywałem, pomimo, że poruszałem się cicho dzięki butom na gumie, to gdy dokonałem wrzutu do drugiej skrzynki, może z radości, że już po wszystkim, odskoczyłem pół piętra wyżej i zatrzymałem się. Wtedy usłyszałem, że drzwi tego drugiego policjanta otwierają się (dopiero wtedy można było wyjąć korespondencję), równocześnie rozległ się głos Litwinki. Bezwiednie kucnąłem i zamarłem. Serce waliło, zdałem sobie sprawę, że jestem w pułapce. Gdy pobiegnę w górę, to dam dowód, że tam trzeba szukać sprawcę, gdy pobiegnę w dół, nawet jeśli nie zostanę zatrzymany, to rozpoznany na pewno.


Michał Wasąg
Foto 20. Ojciec Michał Wasąg - "Zając". Na zesłaniu po odbyciu 7 lat katorgii. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

Gdy wszedłem do mieszkania, ojciec poznał, że jestem bardzo zdenerwowany. Zapytał, co mi się stało, odpowiedziałem szczerze gdyż mimo starań, wiedziałem, że w naszym mieszkaniu jest „skrzynka kontaktowa" (myślę, że dwaj policjanci litewscy byli swego rodzaju „ochroną lokalu"), więc nie mogłem nic przed rodzicami, co miało znaczenie ukrywać.

Ojciec wysłuchał mnie i powiedział: -

  - Trzeba przewidywać, a potem dodał, co mnie uspokoiło: 

  - Oni sami są w strachu.

W nocy wykonany został nalot, wszyscy mieszkańcy ukryli się w schronie przeciwlotniczym. Obserwowałem kątem oka policjantów, zauważyłem, jak jeden z nich zwraca uwagę swego kolegi na mnie. Spojrzałem na ojca, zrozumieliśmy się bez słów i gestów.

Zaczęło się bombardowanie dworca kolejowego, bomby zaczęty walić również w naszą ulicę. Wreszcie jedna rąbnęła w sąsiednią kamienicę, wybuch bomby zasypał zwałami muru, kamieniami z podmurówki nasze podwórze. W schronie posypał się tynk, zgasła większość świec, rozległ się krzyk, płacz, niesamowity rwetes, wybuchła panika. Policjanci zaczęli gestykulować, głośno rozmawiać, odniosłem wrażenie, że chcą jako pierwsi wyskoczyć ze schronu.

Nie wiem jak to się stało, ale bezwiednie, nagłe krzyknąłem: 

  - Spokój, cisza! 

Wtedy do mnie doszło, co ja zrobiłem. Spojrzałem na ojca, uśmiechnął się nic nie powiedział. O dziwo, w schronie zapanował spokój, zamilkli i Litwini, rozległy się ciche rozmowy, nie było już słychać wybuchów bomb, nalot się skończył.

 

Był to już początek lipca, gdy po powrocie z miasta, dowiedziałem się od ojca, że był łącznik alarmowy - Andrzej który przekazał sygnał: „ostre pogotowie". Za chwilę dodał:

  - Pomimo tego musisz odprowadzić mamę i siostry do znajomych do Czarnego Boru, one powinny zabrać żywność, odzież, wyposażenie, twoja pomoc jest potrzebna a wtedy wrócisz. 

Moje milczenie przyjął jako aprobatę. Za chwilę dodał: 

  - Tadeusz weźmie udział w wałkach o Wilno, czekają ich ciężkie boje ja z kolei zostaję w mieście, po opanowaniu Wilna będziemy organizować ochroną policyjną. 

Wyczułem, że ojciec chce mnie osłonić, nic nie powiedziałem, w duchu miałem plan jak najszybszego powrotu. Niestety nie udało się, nie zdążyłem.

W Wilnie nikt już nie utrzymywał porządku, policja litewska uciekła, a Niemcy zajęci byli organizacją obrony. Gdy wychodziliśmy z miasta do Czarnego Boru od strony Wilczej Łapy, to spotkaliśmy wracających z Wilna szabrowników, nieśli na plecach skrzynki masła, bele materiału, oliwę w wiadrach, a jedna pani (wieśniaczka) przy pomocy nosideł niosła dwa wiadra wódki. Odniosłem wrażenie, że to grabienie sklepów, magazynów, gorzelni trwa już dłuższy czas.

Idący obok nas, bez obciążenia, mężczyzna wyczuł alkohol, zwrócił się do właścicielki dwóch wiader wódki, czy nie dałaby się napić. Zapytana pani odpowiedziała:

- Czegoś nie, odpocznu i będzie lżej - dodała. 

Zatrzymała się postawiła wiadra na ziemi i usiadła, aby odpocząć. Ten pan postawił jedno wiadro na przydrożnym kamieniu, kucnął i zaczął pić, pił długo aż usiadł. Ale wiadra nie puścił, podziękował serdecznie i poszedł dalej, ale już bardzo chwiejnym krokiem.

 

U znajomych w Czarnym Borze zastaliśmy dużo uchodźców, nie tylko dom, ale i stodoła była pełna ludzi. Dominował jeden temat, co będzie dalej? Słuchałem jak starsi dyskutują, aż w końcu zabrałem głos, chciałem pochwalić się, że i ja mam coś do powiedzenia na ten temat. Powiedziałem: 

- Mój tato mówił, że Polacy przygotowują się do objęcia władzy w mieście.  

Po mojej wypowiedzi rozległ się głośny śmiech, zaczęły padać głosy, bolszewicy do tego nie dopuszczą. Nikt mnie nie poparł, ucichłem, zrobiło mi się niesamowicie przykro.

W pojedynkę ruszyłem do domu do Wilna, szedłem przez pola. Omijałem drogi, bo zostałem uprzedzony, że skrzyżowania obsadzone zostały przez patrole milicyjne, zorganizowane przez żydowskich partyzantów. Niedaleko Porubanku natknąłem się na ciała zabitych niemieckich żołnierzy, chyba spadochroniarzy, gdyż mieli na sobie ładownice z amunicją, nałożone na krzyż przez ramiona. Broń została już zebrana.

Do naszego domu przychodzili znajomi sióstr, brata, żołnierze AK, na pewno chcieli pokazać się w mundurze. Jeden z nich na moich oczach został przez sowieckich żołnierzy rozbrojony, zabrano mu karabin, ładownice z amunicją zostawiono. Był to dla mnie wstrząs, sygnał, że bolszewicy nie są naszymi sojusznikami a wrogami.


Regina Wasąg.
Foto 21. Siostra Regina Jumiwicz z d. Wasąg. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

17 lipca, jak się okazało w pamiętnym dniu , siostra Regina i ja rano wyruszyliśmy na poszukiwanie brata, gdyż zaniepokojeni byliśmy brakiem wiadomości od niego. Nie byliśmy nowicjuszami jako „wędrownicy", parę dni wcześniej we dwójkę wróciliśmy z wypadu na Litwę po żywność. Podjeżdżaliśmy wtedy ciężarówkami, szliśmy pieszo. Wyprawa nie udała się, przywieźliśmy trochę słoniny, takiej cienkiej, byle jakiej. Litwini, chociaż biegle mówiący po polsku, odnosili się do nas wrogo.

Tym razem wyruszyliśmy na nasze tereny, do swoich. Podjechaliśmy szosą lidzką kilkanaście kilometrów, gdy zobaczyliśmy pododdziały partyzanckie, poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie pojazdu, dalej poszliśmy pieszo, na poszukiwanie 6 Brygady.

Spotkaliśmy, bez większej przerwy maszerujące pododdziały i grupy partyzantów poruszających się przede wszystkim pieszo, ale i konno i na samochodach. Spotkanych pytaliśmy się o Brygadę „Konara" , kierowani byliśmy we wszystkie strony świata i tak w kółko Wreszcie po południu zmęczeni, głodni, spragnieni doszliśmy do celu.

Powitanie z bratem, całym i zdrowym, nie miało końca. Wszyscy partyzanci ubrani byli w mundury uszyte z ufarbowanego na kolor zielony płótna lnianego, poruszali się z bronią przy sobie. Dyscyplinę można było ocenić po zachowaniu partyzantów wobec dowódcy kompanii por. „Stracha" i innych przełożonych.

Niebawem samochodem ciężarowym została przywieziona duża ilość zdobycznej broni, broń ta została rozdzielona na pododdziały, dużo partyzantów zostało przezbrojonych w lkm-y, rkm-y i pistolety maszynowe. Podjęta przez dowództwo decyzja by sprawdzić stan techniczny i celność broni poprzez strzelanie do ustawionych pod górką pojedynczych desek przemieniła się w wielką strzelaninę Bez przerwy strzelano krótkimi i długimi seriami, do prowizorycznych osłów. Wątpię, czy można było ocenić, kto i do czego strzela. Ogień trwał tak długo, dopóki galopem nie przybył z sąsiedniego oddziału ułan, z zapytaniem, co się dzieje, z kim walczycie? Po wyjaśnieniu powodu „alarmu", podjęta została decyzja, że za pół godziny zostanie zakończone sprawdzanie broni.


Tadeusz Wasąg..
Foto 22. Brat Tadeusz Wasąg - "Kolejarz". Żołnierz 6 Brygady Partyzantów. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

Do obiadu zasiedliśmy z całą drużyną, w której służył brat Tadeusz i jego przyjaciel Stach Bogdanowicz „Pilot". Placki ziemniaczane, maczane w misce wypełnionej roztopioną słonina, ze skwarkami bardzo smakowały.

Brat nie pozwolił, ale Stach dał strzelić z kbk. Aby nie robić alarmu „rąbnąłem" z mauzera w piwnicy w leżące tam kartofle, za chwilę przybiegła taka rezolutna córka gospodyni i powiedziała: 

- Co robicie, powiem dowódcy – zażartowała. 

 

Po obiedzie, w tajemnicy jedno przed drugim, siostra i ja dopadliśmy do brata. Ona mówiła: 

- Tadeusz odeślemy Mietka do domu, on za młody a ja zostanę jako sanitariuszka. 

Z kolei ja dopadłem brata i przedstawiłem swoje racje, Renę odeślemy do domu, po co brać kłopot na głową, ja zostanę. Brat odpowiedział zdawkowo a myślał jak się nas pozbyć. Problem rozwiązali Sowieci.

Ponieważ byliśmy bardzo zmęczeni, wcześniej poszliśmy spać do stodoły gdyż drużyna nocowała w chałupie. Rano, po obudzeniu się zdziwieni byliśmy ciszą, nie słychać było komend, głośnych rozmów, śmiechów. Myśleliśmy, przecież to niemożliwe, aby partyzanci o tej porze jeszcze spali.

Weszliśmy do chałupy a córka gospodarza, jakże smutnym, grobowym głosem odezwała się:

- Bolszewicy rozbrajają partyzantów, w nocy brygada odeszła.

Zaproszeni do śniadania usiedliśmy do stołu i z opuszczonymi głowami spożyliśmy posiłek, byliśmy przerażeni.

Sowieci, sojusznicy naszych sojuszników na Kresach II RP zaprowadzali swoje porządki, ciągle te same, łapanka, osadzanie w więzieniach, obozach i wywózka.

Po latach brat opowiadał: 

- Byłem zaniepokojony ponieważ gdy spaliście to nasz pluton w rejonie miejsca waszego odpoczynku, zajął obroną, osłaniając miejsce dyslokacji Brygady z tego kierunku. A był rozkaz, by strzelać do zbliżających się, bez ostrzeżenia.

Gospodarzom podziękowaliśmy bardzo serdecznie za gościnę i poszliśmy w stronę Wilna.

Po drodze bez przerwy byliśmy legitymowani, Rena miała jakiś okupacyjny dokument, ja natomiast miałem tylko metrykę chrztu. Na dodatek kontrolujący uważali, że jestem starszy niż wynika to z przedstawionego dokumentu. Kiwali głowami, naradzali się, ale w końcu znaleźliśmy się w Wilnie Jak koszmarny sen, jak natrętna myśl, w mej świadomości powracał widok eskortowanych przez sowieckich żołnierzy rozbrojonych polskich partyzantów. Przede wszystkim, obraz aresztowania dwóch łączniczek, z których jedna miała przy sobie ukrytą broń.

Po powrocie do Wilna spotkałem się z Jankiem Leszkowiczem i Stachem Wieśniakiem, opowiedziałem im co Sowieci wyczyniają z polskimi partyzantami, oraz ogólnie - z polskimi patriotami.

Postanowiliśmy uzupełnić nasz dotychczasowy „magazyn uzbrojenia", który już wtedy zapewniał uzbrojenie sekcji drużyny strzeleckiej. Powszechne było przekonanie, ze walka tylko została przerwana a nie zakończona.

Gdy brat wrócił do domu, to ze swym kolegą „Pilotem" pomogli nam, oczyścić, zakonserwować, ukryć broń i nią dysponowali.

13 grudnia 1944 roku wpadłem w zasadzkę przygotowaną przez NKWD, nie tylko sam, wciągnąłem w nią również brata Tadeusza, on to miał z oddali obserwować odbiór przeze mnie pistoletu parabellum. Pułapka zastawiona została dalej niż spodziewaliśmy się. Gdy brat podszedł do mnie, nagłe z ukrycia, wyskoczyło dwóch oficerów NKWD z naganami w ręku z okrzykiem:

- Ruki w wierch!

Sprawcą nieszczęścia, aresztowania naszego, był wujek kolegi Waldka W., jak się okazało agent sowiecki. Waldek za cenę swojego bezpieczeństwa wydał Janka Leszkowicza i Staszka Wieśniaka. 

Bramy więzienne za nami zamknęły się na okres 8 miesięcy. Jako ten który aresztowany został z bronią przy sobie, na „zmiękczenie" wpakowany zostałem do pojedynczej celi „takiej specjalnej", w której wybita była szyba. Na dworze był mróz rzędu 10° C, w pomieszczeniu przy oknie zamarzała woda.

W nocy rozpoczęły się przesłuchania, ze stawianiem pod ścianą i pozoracją „rozwałki". Słowa NKWD-isty brzmiały jakże wiarygodnie:

 - Patrz, widzisz kowal ściany świeżo otynkowanej - to zatarte zostały ślady kul, a trociny na podłodze? To z kolei sposób na przykrycie krwi! Gawari prieklatyj, jeśli niet, ubiju!

W celi była „goła" prycza, taboret, miska z wodą i parasza. Przed zimnem zabezpieczałem się tylko tym co miałem na sobie w chwili aresztowania. Jak wytrzymałem w takich warunkach ponad dwa tygodnie, sam nie wiem.

Gdy ustalono, że ogółem mieliśmy ukryte 8 kbk, pepeszę, skrzynki amunicji i granatów a ponadto chcieliśmy wejść w posiadanie broni krótkiej, przekazano nas NKGB. Przez Łukiszki trafiliśmy na „Słowackiego".

Na Łukiszkach przez dobę trzymano mnie w „cygance" - celi, której trzy ściany wykonane były z grubych prętów. Cele tego typu ustawiane były w dawnej cerkwi, a między celami przebiegał korytarz od wejścia głównego do pawilonów więziennych. Przez ten czas byłem świadkiem, jak sprawnie działało w Wilnie główne ogniwo sowieckiej machiny represji i terroru. W krótkich okresach wyrywało nas ze snu lub więziennych rozmyślaniach uderzenie pękiem kluczy w kraty tworzące wejścia, następowało ich otwarcie, wyjście czy też wejście grupy gnanych więźniów z workami na plecach i metaliczny łomot zamykanych drzwi. Sowiecki system bezpieczeństwa pracował na pełnych obrotach.

W areszcie NKGB znalazłem się w celi nr 63, aż mnie odrzuciło, takt fetor tam panował. Wydawało się mnie, że zostałem wepchnięty do ubikacji pozbawionej wody, zamienionej na banię (w języku rosyjskim łaźnia). W półmroku zauważyłem leżących więźniów w samej bieliźnie, jeden obok drugiego, praktycznie bez odstępów. Jeden ze współwięźniów, mnie jako nowemu, wskazał miejsce przy paraszy. Położyłem się na podłodze, kładąc worek pod głowę. Zacząłem zapoznawać się z nową celą. Była to cela wewnętrzna, ślepa, kontakt z korytarzem mieliśmy dwojaki, poprzez dość dużą szparę nad drzwiami przez którą wpadało słabe światło elektryczne i przez parę otworów w dolnej części drzwi, tą drogą do celi dostawało się powietrze, w jakże skromnej ilości. W celi panował półmrok i zaduch.

Popadłem w odrętwienie, z którego wyrwał mnie atak wszy, pluskiew, pcheł których w celi było bez liku. Po chwili, miejsce przy mnie zajął mężczyzna, dość wysoki, dobrze zbudowany i zaczął ze mną rozmowę. Pytał za co siedzę, kto ze mną został aresztowany, pytał o rodzinę. O sobie powiedział tylko tyle, że jest oficerem zawodowym, należał do AK, że niedaleko od nas jest cela w której siedzi jego żona a dwie nieletnie córki są w domu pod opieką teściowej.

Przeprowadzony „test" wypadł chyba pomyślnie, gdyż tenże oficer takim władczym głosem powiedział: 

- Ten chłopiec będzie leżał przy mnie. 

Współwięźniowie bez słowa sprzeciwu zaczęli wykonywać ruchy ciałami, zrobiono mnie miejsce obok mojego opiekuna, nieformalnego komendanta celi.


Mieczysław Wasąg - wrzesień 1945.
Foto 23. Mieczysław Wasąg - wrzesień 1945, dwa miesiące po wyjściu z więzienia. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

Po dłuższym okresie ciszy, współwięźniowie zaczęli przeprowadzać „zabiegi sanitarne", zdejmowali koszule a potem kalesony i tłukli insekty, słychać było odgłosy pękających owadów pasożytniczych, widoczne były bryzgi krwi. Do tych czynności również i ja się włączyłem. Te zabiegi wykonywaliśmy kilka razy dziennie

W naszej celi przez kilka miesięcy przebywał, jak to określił mój opiekun „Delegat Rządu". Informację te jak również i inne otrzymał on dwoma kanałami Poprzez więźniarki, również i przez swoją żonę, sprzątające korytarze, jak też przez grypsy zostawione w ubikacji. Ten pierwszy kanał był bardziej cenny, szybki i niezawodny. Gdy odgłosy pracujących pań dotarły do nas, to wyznaczony zaufany więzień kładł się na czatach przy otworach wentylacyjnych i prowadził nasłuch. Gdy padło nazwisko, błyskawicznie odpowiadały "jest" lub "nie". W odpowiedzi na słowo "jest" wpadał gryps lub słowna informacja. Po chwili gdy sytuacja nadal była „czysta", padały słowa: "Co macie dla mnie?" i w drugą stronę szła korespondencja.

Najistotniejsze informacje takie jak: "Z celi do celi przerzucany jest szpicel" lub: "Taki a taki sypie" odbierał osobiście komendant i on decydował, jak takie wiadomości wykorzystać.

Faktycznie niedługo do naszej celi przybył nowy więzień, chętnie nawiązywał rozmowy. Dużo mówił o swej działalności partyzanckiej, ale gdy komendant zaczął pytać go o szczegóły, personalia to zaczął się plątać. Okazuje się, że słabo był przygotowany do roli „wtyczki", zostałem i ja ostrzeżony przed tym typem.

Wracając do „Delegata", nie był to Zygmunt Federowicz, on był więźniem przy ulicy Ofiarnej. Ale musiała to być ważna figura z „Delegatury", gdyż wywieziony został do Moskwy na proces „Szesnastu"

Do wyjazdu przygotowywano go należycie, był u fryzjera, w łaźni też, żona dostarczyła mu do więzienia czystą bieliznę i ubranie. Po tych wszystkich zabiegach, wsadzono go z powrotem do naszej celi. Dopiero wszy, pluskwy miały „uciechę", bo one bardzo „lubiły” takich „czyścioszków". No, ale rozkaz o sanitarnej "obrobotkie" został wykonany.

My, pozbawieni przywilejów, gniliśmy w brudzie. Dwa razy dziennie na parę minut wypuszczani byliśmy do ubikacji, gdzie było parę kranów z zimną wodą, Najważniejsze to było załatwienie potrzeb fizjologicznych, mycie natomiast polegało na spłukaniu wodą rak a następnie zmoczeniu twarzy i włosów.

Wyżywienie im „Słowackiego" też było specjalne, 40 dkg chleba dziennie, dwa razy na dobę kipiotok, a w obiad do puszki po konserwie dostawaliśmy niby zupę, była to gorąca woda z liśćmi buraka albo kapusty, na zmianę.

Gdyby nie dwie paczki miesięcznie, czekałaby mnie śmierć z wycieńczenia. Ale służba więzienna nie była aż taka „niedobra". Palaczom przez otwory wentylacyjne podawano papierosa „do odpalenia", przy permanentnym braku tlenu w celi była to dodatkowa udręka.

Oficer pewnego dnia poprosił, bym się do niego zbliżył, wyjął arkusiki bibułki zapisane ołówkiem i odczytał ułożone przez siebie zwrotki piosenki więziennej, do popularnych melodii żołnierskich. Treść przekazał naszym paniom, one dopisały kolejne i tak po kilku wymianach powstała pieśń, którą nazywam „Ballada, z ulicy Słowackiego”.

To było moje największe przeżycie duchowe za kratami, trudne do opisania w kilku słowach, gdy leżąc obok komendanta przy drzwiach, słuchałem śpiewu dwóch pań. One to śpiewały dwie najistotniejsze strofy naszej ballady.

Wydawało mi się, że zapadłem w piękny, bajkowy sen. Bo przecież nie mogłem uwierzyć, że tu w jednym z najpodlejszych aresztów śledczych NKGB w Wilnie, pod okiem czujnych "dniewałnych", dwie pozbawione wolności członkinie Polskiego Podziemia śpiewają tę buntowniczą pieśń.

Pamiętam jak dziś, jak pięknie brzmiały głosy pań, jak balsam działały słowa dwóch ostatnich zwrotek:

Nie szkoda nam młodego życia,

Nie szkoda nam minionych lat,

Nie zlękniem się waszego bicia,

Ani więziennych grubych krat.

Bo nam synom powstańców

Nie złamiecie duchu,

Pójdziemy w dziadów ślad

Jak szedł nasz ojciec, jak szedł brat.

 

Przy wykonywaniu ostatniej zwrotki głos pań nagle urwał się, piękny sen prysł W to miejsce wdarła się okrutna rzeczywistość, rozległ się szorstki głos klawisza: 

- Czto wy tam dziełaitie.

Padła odpowiedź jednej z pań, spokojne pełne ironii słowa: 

- Niczewo, niczewo ubirajem.  

Takie odważne i dzielne były członkinie Armii Krajowej.

Natomiast sama pieśń pisana jakże w ekstremalnych warunkach, chociaż pozbawiona artystycznych walorów, skutecznie krzepiła serca. Swoje zadanie spełniła w pełni. Wraz z więźniami „przedostała się" do innych wileńskich więzień. Tak jak podaje Danuta Szyksznian-Ossowska „Sarenka", też więźniarka ze Słowackiego, ona i jej koleżanki głośno śpiewały tę pieśń, pomimo interwencji i gróźb służby więziennej.

Ballada więzienna „przeszła" i przez linię Curzona, śpiewana była również w więzieniach Polski Ludowej. Tam śpiewano ją po dostosowaniu tekstu do nowej rzeczywistości.

Po wielomiesięcznym pobycie w tych warunkach, w którymś majowym dniu dozorca więzienny wybrał mnie do porąbania drzewa. Był to Białorusin ludzki klawisz. Najpierw nakazał mi przez dłuższy okres czasu pozostać przy wyjściu z piwnicy. Zdawał sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo mi grozi, jeżeli bez przygotowania wyjdę na światło dzienne. Wiedział, że przez pięć miesięcy przebywałem w celi „ślepej", w półmroku, do której słabe światło elektryczne wpadało z korytarza przez jedną szparę. Dopiero po aklimatyzacji pozwolił wyjść na podwórze. Był słoneczny majowy dzień, „pijany" byłem od słońca, świeżego powietrza i może też od stojącej pozycji. Gdy spojrzałem na swoje ręce, to nie chciałem uwierzyć, że mam ciało prawie przezroczyste, a palce takie chude i długie.

Początkowo zostaliśmy oskarżeni za udział w zbrojnej podziemnej organizacji z paragrafu 58, a więc zsyłka. Ale udało się nam, pomimo 5. miesięcznego śledztwa, utrzymać w tajemnicy, że brat Tadeusz to partyzant, że to on ze swym kolegą z oddziału Stanisławem Bogdanowiczem „Pilotem" kierował czyszczeniem, konserwacją, ukryciem broni i że tą bronią dysponowali. Natomiast Stach Wieśniak i ja byliśmy harcerzami Czarnej Trzynastki. Dzięki temu sprawa na nas się „zamknęła" Z uporem maniaka powtarzaliśmy, co ustaliliśmy podczas przypadkowego krótkiego spotkania na Łukiszkach, że broń zbieraliśmy dla zabawy, by sobie postrzelać. Udało się, zmieniono nam paragraf na 182 -nielegalne posiadanie broni.

W jedną z majowych nocy, daty nikt z nas nie pamięta, obudzeni zostaliśmy wezwaniem:

- Sobjerajtieś na sud !

i zaprowadzono nas na II piętro. Kolejno wchodziliśmy na salę rozpraw, nie zważamy na wartowników, po kolei padamy sobie w objęcia. Nie wiem, skąd ta swoboda w naszym zachowaniu, nie można było zauważyć śladu powagi, tym bardziej przerażenia. Okazało się, że mamy jednego adwokata - Rosjanina, całkiem przyzwoitego człowieka.

Rozpoczyna się przewód sądowy "wojennowo suda", od samego początku powstają „sęki". Nie zgadzamy się z twierdzeniem, iż jesteśmy obywatelami SSSR. Przewodniczący sądu „gasi nas", nakazuje milczenie.

O głos prosi adwokat i przedstawia sądowi Karty Ewakuacyjne wystawione na nasze nazwiska.

Przewodniczący sądu aż kipiał ze złości, nie mógł znaleźć wyjścia z powstałej sytuacji, w końcu zarządził odroczenie rozprawy.

Na miesiąc, na „skruszenie" poszliśmy "w podwal".

12 czerwca, też oczywiście w nocy, wznowiono rozprawę. Tym razem dyskusję o obywatelstwie przewodniczący sądu uciął słowami skierowanymi do protokolanta: 

- Piszytie grażdaniny SSSR.  

Sztuczka udała się tylko raz.

Brat mój, pomimo uzgodnień bronił mnie wmawiając sądowi, że za „parabellum" to on powinien być obciążony, a broń chciał zabrać ze sobą planując pójście do Armii Berlinga.

Mnie nie pomógł, bo i tak miałem u NKGB-istów „duże konto", a sobie zaszkodził, jako pełnoletni otrzymał 3 lata. Ale pokazał serce starszego brata. Za cenę swojej wolności starał się mnie osłonić, miał świadomość i tego, że przed aresztowaniem miałem dwa krwotoki i przeszedłem zabieg usunięcia odłamka z lewej dłoni. My jako małolaty otrzymaliśmy od roku do dwóch lat Stach otrzymał dwa lata, gdyż podczas rozprawy kpił, iż nie zna języka rosyjskiego i prosi o tłumacza. Był on „twardą sztuką", gdy przyszli Litwini, to pomimo nakazu, by materiałem obszyć guziki, z dumą chodził w mundurku świecąc wyczyszczonymi guzikami z wizerunkiem orła. Dwa dni za tę niesubordynację przesiedział w pace na komisariacie policji przy ul. Ostrobramskiej.

Po wyroku siedzieliśmy na Lukiszkach, w jednej z paczek otrzymałem gryps, w którym mama przekazała wiadomość: "8 maja Tato został aresztowany". Jako członek Polskiego Korpusu Bezpieczeństwa zesłany został do Workuty, do kraju wrócił w grudniu 1955 roku.

Wszyscy mieliśmy szczęście, my z bratem podwójne. Pod koniec sierpnia 1945 roku odzyskaliśmy wolność, po prostu objęła nas amnestia. Z więzienia z naszej paczki, wyszedłem jako pierwszy, w mieszkaniu na mnie czekała mama. Niestety, do swej dyspozycji mieliśmy jeden pokój, właścicielem pozostałych trzech została już rosyjska rodzina. Byli to porządni ludzie, z wyjątkiem ich starszej córki zajadłej komunistki, ona to gdy mnie mijała, przez zaciśnięte zęby syczała: 

- Bandit.

Rodzice, by uzyskać pieniądze na paczki dla nas, spieniężyli prawie wszystko co było możliwe. Natomiast gdy po aresztowaniu ojca, mieszkanie z wyposażeniem uległo konfiskacie, mama została praktycznie bez środków do życia.

4 marca 1945 roku, obie siostry wyjechały do Lublina. Był to chyba „ostatni dzwonek". Rena miała już za sobą jednodniowy „ostrzegawczy" pobyt w areszcie, też na ulicy Słowackiego, gdyż jej kolega zeznał, że dał jej do przeczytania Biuletyn Informacyjny.


Stanisawa Wasąg.
Foto 24. Siostra Stanisława Rochowiak z d. Wasąg. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

Natomiast starsza siostra Staszka, prawie od chwili naszego aresztowania, permanentnie była wzywana na przesłuchania, a potem natarczywie namawiana i zmuszana do współpracy. Pracujący z nią NKWD-ista maltretował ją moralnie w domu, na posterunku milicji i w pracy. Ukrycie się przed nim w sklepie, gdzie pracowała, było najłatwiejsze, pomagały jej w tym koleżanki przekazując odpowiednie znaki, wtedy uciekała do magazynu. W domu ukryć się nie dało, gdy wracała z pracy, już na nią czekał. Nie mogła nie przyjść do komisariatu, gdy otrzymała wezwanie.

Początkowo przesłuchiwał ją, szukając powodów, by i ją oskarżyć o nielojalność wobec Związku Sowieckiego. Mając nasze zeznania konfrontował z zeznaniami Staszki. Wreszcie podjął decyzję, by zwerbować ją na szpicla NKWD. By zniewolić ją i zmusić do podpisania zgody do współpracy jako argumentu koronnego używał obietnicy, że jeżeli podpisze zobowiązanie, to my obaj Tadeusz i ja, uzyskamy wolność.

Przesłuchania, rozmowy, propozycje prowadzone pod groźbą utraty wolności przeplatane obietnicami trwały kilka miesięcy.

I nastał dzień przełomowy, NKWD-ista zabrał Staszkę na komisariat milicji. Mama poszła za nią. Staszka została wprowadzona do pokoju a drzwi zostały zamknięte. Mama została w poczekalni, w której było wiele wezwanych osób.

NKWD-ista w pokoju przesłuchań, zaczął prowadzić ze Staszka swą „grę" od nowa. Padały propozycje, obietnice, wreszcie groźby, trwało to kilka godzin.

Staszka, jak to dziś wspomina, z upływem czasu zaczęła tracić siły. Czuła, że jest u kresu wytrzymałości, pragnęła jednego, by zyskać na czasie. Nie była już w stanie zebrać myśli, bronić się Zaczęła więc prosić prześladowcę, by dał jej jeszcze kilka dni do namysłu. Wtem rozległo się walenie pięścią w drzwi a za chwilę rozległ się przeraźliwy krzyk mamy: 

- Puśćcie ją, puśćcie ją...

To pomogło, według opowiadania mamy, ludzie przebywający w poczekalni osłupieli, próba werbunku siostry na szpicla została odroczona. Jak czas pokazał, to właściwie zakończona. Otóż mama czekając na zakończenie tej służbowej rozmowy, na skutek jej przedłużania się, nabrała pewności, że i najstarsza córka została aresztowana. Ten strach, że i Staszka pójdzie za kraty, przerodził się w gniew, który doprowadził do rozpaczy i do tego desperackiego czynu.


Wiktoria Wasąg.
Foto 25. Matka Wiktoria Wasąg z d. Porębska. Foto: Archiwum Mieczysława Wasąga.

 

Mama. Pozornie bojaźliwa, ostrożna ale gdy była taka potrzeba, potrafiła stanąć na wysokości zadania. Gdy brat oznajmił, że pistolet ojcowski jest uszkodzony i musi zanieść go do naprawy, zdecydowanie oświadczyła:

-  Ja broń zaniosę a ty będziesz szedł za mną.

Pod nieobecność ojca przyjmowała od łączniczki pocztę, jaka „spływała" do skrzynki kontaktowej, znajdującej się w naszym mieszkaniu.

Po aresztowaniu brata i mnie, to ona niosła na swych barkach główny ciężar prowadzenia domu i zaspokajania potrzeb również i nas uwięzionych. To przede wszystkim ona stała w kolejkach pod więzieniem, a następnie pod dwoma więzieniami w mróz, słotę czy też w prażących promieniach słońca.

Po wyjeździe Staszki i Reny do Lublina i aresztowaniu ojca została sama, wśród obcej rosyjskiej rodziny, praktycznie bez środków do życia. Nie wiem jak to robiła, ale co prawda już bardzo skromne paczki otrzymywaliśmy do czasu wyjścia na wolność.

Aż nadszedł czas prawdziwej wolności. Gdy po kolejnym powrocie z Wilna, zapytałem Mamę, czy nie chciałaby pojechać z nami do naszego miasta? Krzyknęła: 

- Nigdy!

Następnie już spokojnie dodała:

- Moje serce nie wytrzymałoby. Przecież tyle łez tam wylałam. 

Rozmowa urwała się. Pogrążyliśmy się we własnych myślach. Zapanowała cisza.

1. Wezwanie do Litwinów

Jako dowódca Polskich Oddziałów Partyzanckich, działających na terenie Okręgu Wileńskiego, wzywam cale społeczeństwo litewskie do zaprzestania ostrego torsu antypolskiego, trwającego już blisko 5 lat na terenie Wilna i Ziemi Wileńskiej

Cały wysiłek administracji policji i Saugumy litewskiej w przeciągu tych tragicznych lat był skierowany przeciwko społeczeństwu polskiemu znajdującemu się w ciężkich zmaganiach z kolejnym najeźdźcą. Policja i Sauguma litewska walczyła zajadle z objawami polskości, dostarczając na Łokiszki i na Ponary oraz do innych więzień i miejsc kaźni tysiące patriotów polskich —- inteligencji, młodzieży, chłopów i robotników.

Znamy dobrze te miejsca tortur, bestialskiego bida i znęcania się nad uwięzionymi. Znamy dobrze śmierć głodową w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Znane nam są też i wynotowane nazwiska sprawców tych zbrodni, wołających o pomstę do nieba. Nazwiska Bobravićiusów, Cesnulisów i tysięcy innych zbrodniarzy przejdą do historii niesławnie ginącej Litwy. Oni i ich nikczemni pomocnicy: szpicle, konfidenci, policjanci, strażnicy i zarządcy więzień itp. odpowiedzą jako przestępcy wojenni nie tylko przed historią, ale i przed naszymi trybunałami za popełnione przez nich zbrodnie, za nurze przelanej niewinnie krwi.

Na cale zaś społeczeństwo litewskie spada moralna i fizyczna odpowiedzialność za to, ze nigdy nie potępiło tych zbrodniarzy, a milcząco przyglądało się mordowaniu kwiatu Narodu Polskiego.

Szczególnie jaskrawy obraz zaistniał w przeciągu ostatnich 3 lat tj. od chwili okupowania tych ziem przez Niemców, kiedy po wymordowaniu Żydów rękami litewskich siepaczy uwaga tych zbrodniarzy skierowała się przeciwko Polakom. Dziesiątki tysięcy młodzieży polskiej zostało wyłapanych rękami policji litewskiej i skierowanych na front lub na roboty do Niemiec. Przez Łukiszki i inne więzienia przewinęło się w okresie tych 3-ch tragicznych lat kilkanaście tysięcy Polaków. Niemcy wydawali rozkazy, zaś policja i Sauguma litewska skwapliwie wykonywała te zarządzenia z cichą aprobatą społeczeństwa litewskiego.

Czekaliśmy, że nastąpi opamiętanie, lecz miara naszej cierpliwości przebrała się. Jako dowódca Polskich Oddziałów Wojskowych walczących z bandytyzmem i próbami wyniszczenia Narodu Polskiego na tych ziemiach stawiam ultymatywne żądania:

1. Policja litewska i Sauguma (obecnie Gestapo), jak również urzędnicy litewscy muszą natychmiast zaprzestać wysługiwania się Niemcom na odcinka walki z Polakami. Muszą bezwzględnie ustać wszelkie łapanki, areszty polityczne, branie zakładników, walka z naszym ruchem niepodległościowym, torturowanie i bicie uwięzionych, wyłapywanie naszych żołnierzy idących do Oddziałów Polskich, rozmyślne wygładzanie uwięzionych, łapownictwo i tym podobne zbrodnie.

2. Społeczeństwo litewskie musi rozpocząć zdecydowaną walkę ze zbrodniarzami pochodzącymi z tego środowiska, za których ponosi moralną odpowiedzialność, milcząco przyglądając się tym zbrodniom. Żądam natychmiastowego rozpoczęcia akcji pacyfikującej stosunek Litwinów do Polaków, ażeby w przyszłości nie miały miejsca takie wypadki jak masowe mordowanie niewinnej ludności polskiej i białoruskiej przez żołnierzy gen. Plechavićiusa.

Cierpliwość nasza skończyła się. Jeżeli administracja, policja i Sauguma litewska nie zrozumie tego wezwania i nie zaniecha takich metod walki, ostrzegam, że zostanie zastosowany jak najostrzejszy kurs w stosunku do całej litewskiej policji, Saugumy i administracji i przy pomocy stojącej do mej dyspozycji Polskiej Siły Zbrojnej zniszczę w najbliższym czasie gniazdo zbrodniarzy.

Jeżeli chcecie mieć walkę bezpardonową — to ją mieć będziecie.

Uprzedzam tylko, że będą zastosowane zupełne inne metody walki niż w walce z oddziałami Plechavićiusa. Tam mieliśmy do czynienia z żołnierzem wcielonym częściowo przymusowo do szeregów. Wy — policjanci i saugumiści litewscy, jesteście zbrodniarzami, którzy dobrowolnie i ochotniczo stanęliście do wałki z polskością na tej ziemi. Pamiętajcie, że granica Litwy jest stąd niedaleko i również za jej słupami granicznymi potrafimy poszukać odwetu.

Społeczeństwo zaś litewskie wzywam, niech zmusi swoich synów do walki z istotnymi bandytami, a nie ze społeczeństwem polskim i jego żołnierzami, którzy dobrowolnie i ideowo stanęli w obronie życia i mienia obywateli ziemi bez różnicy narodowości i wyznania.

                                                                                                     Dowódca Oddz. Partyzanckich

                                                                                                             Okr. Wileńskiego

M.p. 20 maja 1944r                                                                                                                          (-) WILK

[ Do spisu treści]


3. Uzupełnienie do "Wspomnień i refleksji przeciwlotnika".

Kilka tygodni po przekazaniu do Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej tekstu wystąpienia na konferencję "80 lat Polskiej Broni Przeciwlotniczej ",przypadkowo włączyłem radio na fale pierwszego programu Polskiego Radia,i usłyszałem głos pchor. Hrywniaka kolegi z naszej 1 bat. pchor. ze szkoły koszalińskiej . Początkowo nie poznałem jego głosu, nie mieliśmy ze sobą kontaktu od 50 lat. Przemówił, i do mnie, słowami: moje nazwisko Hrywniak ,byłem pchor. Oficerskiej Szkoły Artylerii Przeciwlotniczej w Koszalinie. Zostałem aresztowany w 1949 r. jako " wróg Polski" a następnie zostałem skazany na długoletnie więzienie, raczej na katorżniczą pracę.

Z tej audycji utkwił w mej pamięci opis jak wyglądało wyjście do ciężkiej pracy i sama praca.

Wyrok pozbawienia wolności odbywał razem z b. Zastępcą Głównego Inspektora Artylerii d/s OPŁ Wojska Polskiego płk M. Zylberem, bohaterskim oficerem 2 Korpusu gen. Andersa, który po zakończeniu wojny, pomimo ostrzeżeń kolegów i przełożonych wrócił do Kraju i wstąpił do wojska.

Jeszcze dziś słyszę fragmenty relacji kolegi:

"Ładowaliśmy kamienie gołymi rękami. Wydane nam rękawice szybko uległy zniszczeniu a nowych nie dano. Krew leciała ze zranionych palców i dłoni. Ponieważ nie wykonanie normy karane było zmniejszeniem racji żywnościowej, mimo potwornego bólu staraliśmy wykonać określony plan. W końcu skóra stała się twarda jak stopa u człowieka który miesiącami chodził boso po kamieniach. Dobrze pamiętam również, jakże upokarzający, "ceremoniał" wyjścia do pracy. W zwartym szyku podchodzili do bramy, zatrzymywali się i czekali. Gdy padło nazwisko więźnia, wywołany stawał na baczność, zdejmował czapkę, kłaniał się strażnikowi i podawał swoje imię. Na komendę "przejść" przechodził przez bramę , zajmując swoje miejsce w szyku.”

Tak traktowano polskich żołnierzy, pułkownika żołnierza 1920 i 1939 r., walczącego za Polskę w PSZ na Zachodzie, żołnierza LWP i podchorążego, ochotnika, dobrego żołnierza, wyróżniającego się wynikami w szkoleniu i w pracy społecznej. Podczas spotkań z mieszkańcami Koszalina zawsze prowadził konferansjerkę a czynił to bardzo dobrze, świadczyły o tym gorące brawa jakimi go nagradzano. Pisząc te słowa, pragnę Im, i innym osobom represjonowanym oddać cześć i honor, a przy tym pokazać, jak okrutna i niesprawiedliwa była władza zwana "ludową".

                                                                                                                                     płk w st. spocz. Mieczysław Wasąg

[ Do spisu treści]


4. Od redaktora witryny:

1. "Wspomnienia..." płk. Mieczysława Wasąga zostały opublikowane po raz pierwszy w materiałach Konferencji Popularnonaukowej która odbyła się w Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie p.t. 80-LAT POLSKIEJ BRONI PRZECIWLOTNICZEJ w dniu 14 września 1999 r. W dniu 04 października 2007, płk Mieczysław Wasąg wyraził zgodę na umieszczenie "Wspomnień..." na niniejszej witrynie. Zdjęcia ilustrujące "Wspomnienia..." dodane zostały przez redaktora witryny. 

2. Płk dypl. w st. spocz. Mieczysław Wasąg jest autorem książki "Grupa Młodzieżowa Okręgu Wileńskiego AK w latach 1946 - 1948" wydanej w 2002 roku przez Bibliotekę Wileńskich Rozmaitości. Seria B (tom 38). 


Grupa Młodzieżowa Okręgu Wileńskiego AK w latach 1946 - 1948
Foto 26. Okładka książki "Grupa Młodzieżowa Okręgu Wileńskiego AK w latach 1946 - 1948" - autor Mieczysław Wasąg. 

[ Do spisu treści]